LISTA POSTÓW

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brandi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brandi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2013

but i have grown too strong


 - Tone? - szepnęła Jones, wzdychając lekko. - Myślę, że znowu zgubiłam majtki u ciebie.
Tony uśmiechnął się zadziornie, a potem zagarnął Brandi ku sobie.
- Nie zgubiłaś, chowam je po szafach, bo lubię Cię bez majtek.
Co się potem zaś działo, tego nawet najstarsi górale i Milka nie chcą wiedzieć.


Brandi Jones
# 23 lata # studentka drugiego roku medycyny # Angielka #
posiadaczka psicy o imieniu Wasp # wierna miłośniczka jazzu i seksu z kobietą
# lesba jakich mało # amsterdamski hero # muzyczne cielę #
gimnastykuje się... jakoś # problemy finansowe # ma jednopokojowe mieszkanie
# w którym trzyma materac, komodę i psa, i nic więcej # 
nienawidzi pić brandy # lubi częstować jedzeniem # i lody cytrynowe # pije alkohol
# czasami budzi się w niej wersja seksowna #
kocha Go # kocha jego myśli # włosy # usta # nos # oczy # dłonie # palce # paznokcie# pępek




udaje, że Słońce nie zaszło



Wy wiecie, że Was kocham. Chuje.

historia Słońca
Brandi ma znajomkóff
Krowa, czyli witaj tatusiu 
Wiersz przyzywający autorów
Robert Downey Jr - galeria 


PROPOZYCJE WĄTKÓW

Brandi ma teraz praktyki w szpitalu, więc jeśli ktoś chce tam zacząć - proszę bardzo. Codziennie biega z Wasp po okolicach. Chwilowo bezrobotna. Szuka pracy.




Ania jechała rowerkiem. Spadła, ale dlaczego nie płacze? 

Bo kierownica przebiła jej płuco! :)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Brandziowe znajomki

 Postacie poboczne:

 Mila zwana Słońcem 
Och, Słońce! Nigdy nie wybaczę sobie, że nie byłam w momencie, gdy umierałaś, że nie byłam wtedy wielką bohaterką i nie uratowałam Ci życia. Nigdy nie wybaczę sobie, że zniknęłaś tak młodo. Teraz mój świat jest ciemny, oświetlany tylko przez Księżyc i gwiazdy, a przecież wiesz, że ja nigdy nie chciałam żyć w wiecznej nocy.   

Ukochana Brandi, która zaginęła ponad dwa lata temu, a której ciało odnaleziono po roku. Jones kochała ją ponad życie, wszystko podyktowała sobie pod Słońce - od swoich wygranych po porażki, od przeszłości po przyszłość. I po jej śmierci zmieniła się, zmienia się coraz bardziej, coraz mocniej, niemalże psychotycznie kochając umarłą dziewczynę.
Teraz może to się zmienia, może Mila staje się wspomnieniem, bolesnym, ale wspomnieniem. Wciąż jednak zdarzają się wieczory pełne tęsknoty za dawną kobietą, podczas których świat istnieje tylko w smętnym jazzie, szklance whisky i odbiciu w szybie.




Thomas Jones



Braciszek. Brandi jest do niego uprzedzona w odwecie za to, że on nie lubi jej lesbijstwa. Czym się to objawia? Ano, Bran nie chce mieć zbyt dużo wspólnego z braciszkiem, uważa, że jest on cudownym wnuczkiem sztywnych dziadków, przez co strasznie kaleczy swoją wiedzę na jego temat. Mają różnych ojców, ale oboje noszą nazwisko po matce.






Ten jedyny, o którym legendy mówią, że udało mu się uwieść Brandi. Co prawda zrobił to po iście skurwysyńsku, bo zaciągnął ją do łóżka (a może ona jego zaciągnęła?) w momencie, gdy kobieta była totalnie rozpieprzona emocjonalnie, ale... to jednak był dobry lek. Nie wiadomo, czy ją rozgryzł, czy po prostu był kretynem, który nie pomyślał, zanim wsadził swojego przyjaciela w nią - na pewno jej pomógł się pozbierać. I na pewno jej uświadomił, że Bran jeszcze potrafi kochać.
Rozstali się, gdy on wyjechał otworzyć kolejny klub jakieś sto kilometrów od Amsterdamu. Brandi nie chciała ciągnąć nic na odległość; obiecała sobie za to, że jeśli on kiedykolwiek wróci, to już za cholerę nie pozwoli mu odejść. Nikt inny nie miał tyle kasy i jej nie pragnął. Ot, względy finansowe.
A tak naprawdę, chociaż Brandi jest lesbą, on jest jej wyjątkiem potwierdzającym homoseksualność.
To zdjęcie jest genialne.

Opinie Brandziowe o Tońku:
"- Nie patrz tak na mnie, dalej jestem lesbą i lubię babskie tyłki, ale jego tyłek jest jakiś... magiczny.
Parsknęła śmiechem na swoje ostatnie słowa. Wyobraziła sobie magiczny tyłek Tońka - fioletowy, z którego z każdym gazem leciały gwiazdki i czary."


 Tone, uśmiechnij się. :) 





Spały ze sobą... i to chyba jest wszystko, co należy o nich wiedzieć. Bo poza tym, nic ciekawego się nie wydarzyło. Bran i Amelie w wydaniu dorosłym to dwa różne światy, które tylko trzymając się na odpowiedni dystans mogą nie doprowadzić do katastrofy. Po kilku kłótniach spowodowanych przez Morelkę, czarnobrewka uznała, że nie warto już być totalnie szczerą i oddaną; miłą, owszem, ale nie przyjaciółką.






To ta, która przypomina Słońce, jest przekleństwem i błogosławieństwem, ołtarzem i przekleństwem. Przynajmniej tak na nią patrzy Brandzia. Ilekroć patrzy na amsterdamską Milę, ma wrażenie, że Słońce, choć odeszło, ciągle pilnuje swojej dawnej kochanki; ilekroć patrzy na amsterdamską Milę, czuje radość, że Słońce zostało choćby w rysach kogoś z drugiego końca Europy. To przekleństwo, bo Bran nie potrafi całkowicie pozbyć się dawnych uczuć, to błogosławieństwo, bo daje Bran siłę i poczucie, że jej Mila jej nie opuściła i chce, by czarnobrewka żyła dalej.
Panna Drozd (czy też była pani Vankleef) to w dodatku jedyna osoba, która Bran potraktowała podle. Jones chciała znowu czuć Słońce, więc spała z Milą, której szczerze nienawidziła, gdy okazywało się, że osoba leżąca obok to nie jest ukochana osoba, tylko - w jej opinii - narkomanka i dziwka (na żądanie, Miluś! :D) bez żadnych zahamowań.




Stan Black 
Ojciec Brandi. Bran pamiętała go jako człowieka, którego nie obchodziło nic prócz alkoholu... oraz damskiego boksera. Był mizoginem i chociaż lubił seks z kobietami, szczerze ich nienawidził. Matka Brandi raz lub dwa oberwała od Stana i pewnie działoby się tak dalej, gdyby rodzice Susan nie wkroczyli do akcji i nie załatwili zakazu zbliżania się.
W wieku 14 lat poszła do urzędu i zażądała zmiany nazwiska na panieńskie swojej matki. Nosi do dzisiaj.

Obecnie tatuś Brandzi: kliknij, to sobie poczytasz 

 



Kuzyn Słońca. Nie wychowywali się razem, nie mieszkali z sobą, widywali isę raz do roku, odkąd Steve wyjechał do Holandii, ale mimo to byli sobie bliscy. Brandi poznała go dzięki Słońcu i teraz stara się kontakt odnowić, z racji, że oboje mieszkają w jednym mieście. 
Jedyny człowiek, który ma prawo mówić o Mili. Głównie dlatego, że ją znał.
Bran nie ma pojęcia, czym zajmuje się Steve w rzeczywistości. 



Historia Słońca

Ona była moim Słońcem, promieniami padającymi oświetlała najciemniejsze zakamarki mojego umysłu. Jej śmiech wywoływał dreszcz taki, jak skoki ze spadochronem, jak pływanie z orkami, jak pierwsze lekcje strzelania. Jej dotyk paraliżował, chociaż z dumy i z przekory nie przyznałabym się do tego. To ja rządziłam, chociaż duchem i ciałem poddawałam się jej każdego dnia. Ilekroć zamykam oczy, budzi moje oczy wspomnienie jej pocałunków składanych na powiekach, dłoni, które nieśmiało gładziły skórę. Od zawsze wiedziałam, że jej czułość miesza się z niechęcią, bo oto dla mnie porzuciła myśl o rodzinie, dzieciach, mężu, który nie rozumiałby jej smutków i zrzucałby winę na hormony. To jednak ja dawałam jej szczęście, okrywałam ją swoim płaszczem i chroniłam przed światem.
Ciemnowłosa kobieta, czując na twarzy przyjemne, ciepłe promienie słońca, wyciągnęła się w swoim łóżku. Podrapała się jeszcze po nodze, odetchnęła ciężko, dłonią przesunęła po twarzy, próbując się obudzić. Zdarła z siebie tym samym ostatnie resztki senności i usiadła. Rozejrzała się po pokoju, kompletnie nieposprzątanym, z ubraniami walającymi się po ziemi, z resztkami kolacji wsadzonymi w półki, z winem obok łóżka i szkłem rozbitym pod oknem. Firanki już dawno powinna wymienić, były żółte od papierosów, ale nie obchodziło jej to. Jej było dobrze w swoim małym chaosie pełnym zdjęć, przedmiotów budzących przyjemne wspomnienia i instrumentów codziennych zajęć.
Zwlekła się z łóżka i odszukała paczkę papierosów. Była pusta, rzuciła ją więc za siebie. Przeciągnęła się raz jeszcze, założyła koszulkę i wyszła z pomieszczenia.
Mieszkała z matką i bratem. Matka, kobieta pod czterdziestkę, mimo szans na wspaniałe życie, w wieku szesnastu lat zaszła w ciążę. Nie oddała dziecka, chociaż wszyscy ją do tego namawiali, uparła się; ta upartość z większą siłą przeszła na córkę. Matka jednak nigdy nie narzekała, mimo, iż zamiast pięknego domu wraz z dziećmi próbowała żyć w ciasnej klitce, zamiast portfela pełnego pieniędzy brakowało czasami na najpotrzebniejsze rzeczy. Nie była z tych kobiet, które kochają tylko szczęście - mimo, iż Brandi stanowiła przekreślenie marzeń, jej całe życie kręciło się wokół niej. Syn, młodszy, urodzony cztery lata po Brandi, nigdy nie był umiłowany tak bardzo, jak starsza córka. Nie potrafiła wyjaśnić, skąd biorą się w niej tak różne matczyne uczucia.
Klitka składała się z jednego holu i dwóch pokojów, kuchni. Łazienka była na korytarzu, dzielona z innymi mieszkańcami zapoconej kamienicy. Drugi pokój całkowicie wyremontowała Bran, za pieniądze, które zarobiła w wieku piętnastu lat. Tylko i wyłącznie dlatego miała własną sypialnię. Sypialnię, która z czasem stała się jedynym miejscem, gdzie Słońce mogło naprawdę wschodzić.
Bran przekroczyła próg kuchni. Uśmiechnęła się, widząc matkę szykującą śniadanie dla syna. On wciąż się uczył, w przeciwieństwie do siostry, i wciąż miał szansę zostać lekarzem. Nie porzucił marzeń dziadków.
- Cześć, mamo - powiedziała, podchodząc do niższej, o wiele niższej kobiety i całując jej policzek. - Tommy nie raczył jeszcze się nauczyć robić sobie kanapek?
- Och, Bran - szepnęła z wyrzutem Susan, krojąc chleb. - Twój brat to mężczyzna...
- ...co nie zmienia faktu, że kiedyś to tylko oni mogli trzymać ostre narzędzia w rękach. Facet musi umieć kroić chleb - dokończyła Bran, siadając przy stole i biorąc do ręki jabłko. Obejrzała je dokładnie, a potem odłożyła na miejsce. - Daj mi to, ja mu zrobię kanapki.
Susan uśmiechnęła się i pokręciła głową.
- Nie ma mowy. Tommy mi powiedział, ile pieprzu mu dorzuciłaś ostatnim razem.
Bran zaśmiała się tylko, robiąc jednocześnie minę niewiniątka. Zaraz potem odchyliła się na krześle i jeszcze raz przeciągnęła. Zaraz potem zawołała:
- TOMMY! Jest dziewiąta rano, co ty jeszcze robisz w łóżku!?
Wtem dało się słyszeć ciężkie kroki z pokoju obok.
Tommy był wysokim mężczyzną o pięknie skrojonych rysach twarzy. Miał ciemną skórę; efekt jednej nocy z jakimś amerykańskim urzędnikiem, którego korzenie sięgały Afryki. Włosy czarne, kręcone, ciemne oczy. Susan nigdy nie dziwiła się, że sąsiadki wzdychały za tym słodkim Tommy'm. Pomimo urody i bystrości umysłu nie wiązał się z nikim. Nauka, jak mówili dziadkowie, ma być dla ciebie najważniejsza. Taką zasadę przyjął Tommy i pomimo wielu dziewcząt, które z przyjemnością nagięłyby tę zasadę, on trwał niewzruszony w swym postanowieniu.
- Żartowałam - rzekła Bran, uśmiechając się jednocześnie na widok zaspanego brata. - Jest siódma rano. Ale nie pozwalaj mamie robić kanapek, wierzę, że uczą was na tych warsztatach z biologii trzymać nóż, co?
Tommy zmierzył wściekłym spojrzeniem siostrę. Podszedł do mamy, wymruczał jakieś "dzień dobry", ucałował jej policzek i zaczął sobie przygotowywać śniadanie.
Susan usiadła przy stole. Wzięła wcześniej oglądane przez Bran jabłko i ugryzła je.
- Dzisiaj wraca Mila, prawda? O której będzie na peronie? - zapytała kobieta. Tommy prychnął głośno za jej plecami.
- Tak, dzisiaj. Tommy, nie krzyw mordy, bo ci tak zostanie - odparła kobieta, siadając prosto na krześle.
- Brandi!
- Bardzo mi przykro, że moja siostra jest lesbą.
- Przynajmniej uwiodłam już jakąś kobietę i wiem, jak to jest dotknąć jej...
- BRANDI!
- Mamo!
- Och, serio? I co z tego, skoro najprawdopodobniej ona będzie ciebie utrzymywać, nierobie?
- Ja nierobem?! Powiedz mi, ile ty zarobiłeś przez całe swoje życie!
- Tommy!
- Mamo, przepraszam! Zaczęła!
Bran wstała gwałtownie, przewracając krzesło; już otworzyła usta, by odpowiedzieć jakąś kąśliwą uwagą, gdy nagle Susan uderzyła ręką w stół. I Tommy, i jego siostra zwrócili na kobietę oczy.
- Dość.
Spokój, z jakim Susan wypowiedziała te słowa, był czystym lodem. Ileż razy bowiem musiała godzić tę dwójkę niemogącą się zgodzić co do swojego stylu życia; ile razy wysłuchiwała tych krzyków. Jedynie ona potrafiła to przerwać, zanim Bran i Tommy stwierdzą zgodnie, że ich problemy może załagodzić jedynie rzucanie w siebie nożami.
- Idę się ubrać, Mila będzie o dziesiątej - powiedziała ostro Bran, po czym wyminęła i matkę, i brata, i wróciła do swojej sypialni. Zza drzwi słyszała jedynie ciche głosy wykłócające się o orientację kobiety. Ale Bran to nie obchodziło. Miała Milę, a to było największym szczęściem.

K-ska stacja należała do najnowocześniejszych w kraju. Do najbardziej obleganych również. Nie dało się tutaj przyjść i po prostu wyjść z osobą, na którą się czekało - w grę bowiem wchodziło szukanie pomiędzy setkami ludzi zgubionymi na peronach.
Bran stanęła przy wyjściu, na ławeczce tuż obok palarni, gdzie spotkała po raz pierwszy Milę. Zawsze tu śmierdziało; Mila była niepaląca, nie lubiła papierosowego smrodu, ale z tyloma bagażami nie miała wyboru, gdzieś na chwilę spocząć musiała. Tutaj też zawsze witały się po powrocie Mili od rodziny - czy z głupiej, niepisanej obawy, że więcej się nie spotkają, że się nie odnajdą na zaludnionej stacji, czy z jakiejś tradycji, nie wiedziały. To było po prostu ich miejsce, nieprzyjemne i śmierdzące, brudne, ale ich.
Gdy nastała dziesiąta, Bran zaczęła uważniej rozglądać się wśród pasażerów. Nie mogła się doczekać spotkania z Milą, jej opowiadania, jak bardzo rodzina naciska już, by znalazła sobie mężczyznę i jej smutku, że nie potrafi im wyjawić prawdy. Choć nie było to proste ani fair, Brandi cieszyła się z tego smutku - to oznaczało tylko tyle, że Mila wciąż jest jej, że porzuciła nędzny heteroseksualizm na rzecz jej. Ilekroć czuła wyrzuty sumienia, że jest nieco fałszywa, dusiła je stwierdzeniem, że przecież im obu daje szczęście. Nie zawsze, a na pewno nie w obecnym świecie, szczęście było proste.
Czekała kolejnych piętnaście minut, dwadzieścia, kolejną godzinę. W duchu próbowała siebie przekonać, że pociąg się spóźnił, pytała w informacji, gdzie jest pociąg z P-nia, dlaczego jeszcze nie przyjechał; ciągle dostawała tę samą informację - już zdążył odjechać z k-skiej stacji. Więc może Mila została jeszcze na chwilę? Może będzie za godzinę? Może za dwie? Może spóźniła się na pociąg? Tak, za chwilę ujrzy jej złociste włosy i pomoże jej z bagażami. Jeszcze chwilę.
Ale Mila nie pojawiła się ani o jedenastej, ani o dwunastej, ani wieczorem, gdy Bran zrezygnowana wróciła do domu. Smutek dopadał ją rzadko, częściej czuła gniew na świat, tym razem uczucie jakiejś pustki wypełniło ją po brzegi. Starała się nie martwić, ale mimo to uznała, że lepiej zadzwonić do rodziny Mili.
W domu nic nie odpowiedziała na pytanie, czy spotkała się z Milą, nie odpowiedziała na jakąś kąśliwą uwagę Tommy'ego. Weszła do pokoju, wyciągnęła drobniaki i wyszła do sklepu po kartę.
Nienawidziła rodziny Mili. Uznawali ją bowiem za najbliższą przyjaciółkę blondwłosej studentki, choć nieco zbyt biedną i trochę przegraną. Ich konserwatyzm doprowadzał Bran do szału, ale tylko dla ukochanej powstrzymywała wyznanie, że obie są homo i pieprzą się do białego rana, gdy tylko mogą. Mila zawsze powtarzała: daj mi czas. I chociaż Brandi zdawała sobie sprawę, że ten czas nigdy nie nadejdzie, wybaczała wszystko.
Stanęła w budce telefonicznej i wystukała numer rodziny Mili. Dźwięk w słuchawce przedłużał się niemiłosiernie.
- Dominic W-ski, słucham?
- Dzień dobry, panie W-ski. Jest może tam jeszcze Mila? Miała być dzisiaj, czekałam na nią na peronie, chcę zapytać, czy wszystko okej.
Po drugiej stronie aparatu dało się słyszeć kobiecy głos. Bran nie zrozumiała z niego nc, ale Dominic zaraz zawołał poza telefonem:
- Zaraz przyjdę! Bran, zgadza się? Mila nie dojechała? Wyszła z domu o ósmej przecież. Miała jechać wcześniej...
- Nie, nie dojechała. Czekałam na nią cały dzień.
- Może jest w akademiku? Sprawdzałaś?
Bran chwilę się zastanowiła. Mogła sprawdzić...? Nie, to niemożliwe. Mila nie poszłabym do akademika, nie witając się z nią, nie dając żadnego znaku życia.
- Nie, proszę pana. Ale nie pojechałaby do akademika, nie mówiąc mi nic o tym. Znam ją na tyle. Poza tym, nie widziałam jej na peronie.
W słuchawce dało się słyszeć westchnienie.
- Brandi, spróbuję się do niej dodzwonić, obiecuję. A ty sprawdź w akademiku. Będziemy się martwić, jeśli jej tam nie będzie, dobrze? I nie martw się. Mila to rozsądna dziewczyna.
Bran postukała palcami o szybę.
- Wiem, panie W-ski. Sprawdzę. Zadzwonię za godzinę, albo od Mili, jeśli czegoś się dowiem. Przepraszam, że tak do pana zadzwoniłam najpierw...
Zmrok już dawno okrywał niebo, gdy Bran zdecydowała się iść do miasteczka studenckiego w K-wie. Ciężko było dogadać się ze strażnikiem, by wpuścił ją do środka, ale udało się za wręczeniem kilku papierków. Potem udało się tym samym sposobem przekonać administratorkę, by sprawdziła w komputerze, czy Mila pojawiła się w akademiku. Okazało się, że jednak nie. Zanim jednak Bran zadzwoniła znowu do Dominica W-skiego, sprawdziła wszystkie hotele, motele i szpitale w mieście. Okazało się jednak, że i tutaj Słońca nie było.
Do domu wróciła o czwartej. Susan spała, Tommy też. Miała nadzieję zastać Milę w jej sypialni, śpiącą, zmęczoną; może się po prostu minęły? Tutaj jednak też ją czekał zawód. I gdy miała ponownie wychodzić, ot, choćby po to, by poszukać jej na ulicach, zziębniętej i niewiedzącej, co zrobić dalej, zadzwonił telefon.
Odebrała tak szybko, jak tylko potrafiła, nie zważając na to, że przewróciła krzesło i ledwo nie rozbiła dzbanka z wodą.
- Słucham?
- Bran? To ty?
- Tak, tak. Ma pan jakąś wiadomość od Mili?
Mężczyzna chrząknął; głos miał dziwny. Brandi poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku.
- Więc ty też jej nie spotkałaś? Telefon Mili milczy. Już zawiadomiliśmy policję.

Minął już rok, odkąd Słońce nie wschodziło. Bran, nie mogąc znieść miasta, w którym nie było Światła, wyprowadziła się. Sprzedała wiele swoich rzeczy, pamiątek, to, co zostało - spakowała do wielkiego kufra. A potem wyjechała, tak po prostu, nie bacząc na nic - na to, że policja może się dziwić, że matka i Tommy będą marudzić. Musiała wydostać się z miejsca pełnego nocy, pełnego istnienia, z którego się narodziła.
W Amsterdamie zaczęła pracować jako kelnerka w jednej z lepszych restauracji w mieście. Starczało jej na opłacenie skromnego czynszu i na powolne zbieranie pieniędzy na kilka rzeczy, bez których nie mogła żyć. Nie szukała w życiu celu. Nigdy więcej.

piątek, 30 listopada 2012

Chcę przeżyć wszystko.

 Brandi Jones, 23 lata, studentka medycyny.


Życie jest moim żywiołem. I nie piszę tego, by tylko ładnie to zabrzmiało; ot, to prawda. "Ćpię" życie, piję życie, jestem od niego uzależniona tak, jak najgorsi nimfomani od seksu czy narkomani od prochów. Spróbuj mi je odebrać, zaprę się jak osioł, byleby mnie nie oderwać od każdego nowego dnia i nowej nocy. Możesz odebrać mi wszystko, co posiadam, a obiecuję - wygram z Tobą i znowu będę żyć.

Waleczność
Jeśli szukasz Batmana w spódnicy albo Kobiety Kot, szukaj Brandi. To ona skopie porywacza torebki, złodzieja dziecka lub wyjątkowo miłego gościa, który chce sprać Ci twarz. Boks, na który uczęszczała przez ponad pół roku, potrafi zdziałać wiele, gdy adrenalina bierze górę; przejmuje wtedy kontrolę nad ciałem Bran i zaczyna walczyć.
Tam-ta-ram-tam, superhero!

Orientacja
Bo najpierw był chłopak, potem niechęć do ojca, potem dziewczyna, jedna, druga, trzecia, siódma, piąta, Mila, Tone, kolejna Mila, Clayton... Bran się nie określa. Jest, kim jest; kim powinna być, nie wie, ma w nosie to, co myśli społeczeństwo i czasami - ostatnio coraz częściej - co myśli ona sama.

Sport
Bran jest fanką sportu... i nie jest. Ćwiczyć jako tako nie lubi, chyba, że ma to mieć jakiś efekt - podniesienie umiejętności samoobrony, nauczenie się, gdzie postawić nogę w tańcu, nadążenie za własnym psem czy najzwyklejsze podrasowanie swojego brzucha. Sportu dla samego sportu nie uprawia, bo mimo wszystko - to jest okropny, ogromny leń, który nie cierpi bezczynności. Jakkolwiek by to nie brzmiało.

Szaleństwo
Psychiatrzy od wieków rozpatrują przypadek Bran. Póki co, dominują dwie wersje: to wada genetyczna albo jakaś odmiana ADHD. Prawdopodobnie żadne z nich, bo czy jedno lub drugie może powodować nagłe pragnienie wskoczenia do fontanny? (Wiem, że tak, ale ćśś. ADHD jest zbyt mainstreamowe.)

Podejście do życia 
"Co mnie nie zabije, mogę wyśmiać." No, prawie.


Spotkać ją można prawie wszędzie. W striptizerni czy pizzerni, pod latarnią czy w bibliotece. Bran chce przeżyć wszystko.


krowa, osioł i bawół

Wybaczcie, że karta słaba. Wyszłam z wprawy. I wybaczcie, że dzisiaj nie zacznę nic, ale jaram się jutrzejszym spotkaniem i... nie mam głowy (:
Muahahaha. 
A. Zdjęcie od Nondani.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Kiedy racjonalność świata się załamuje i zza rzeczywistości wygląda głowa smoka.

 Amsterdam sprzyjał temu, że przestawało się lubić komunikację miejską. Powód, choć nie da się go jasno powiązać z autobusami i tramwajami, był jeden - tutaj ludzie zbyt dużo imprezowali. Spieszę z wyjaśnieniem - wracając z imprez czy spotkań, gdzie nieleczniczo używało się trawki albo popijało alkohol nie  tylko do obiadu, ludzie najzwyczajniej śmierdzieli. A Bran, jako że wrażliwa była na zapach, przestała lubić komunikację miejską. Nie było jednak wyjścia, musiała z niej korzystać.
 Dzień, który opiszę, zaczął się źle. Wasp, nabawiwszy się jakiejś niestrawności, narobiła śliczny placek tuż przed łóżkiem Brandi, w który to kobieta następnie dramatycznie wstąpiła. Ujechała oczywiście, zatem po niecałej sekundzie nie tylko noga była zabarwiona na kolor gówna. Umywszy się, Brandi ledwo nie zabiła się, wychodząc z łazienki - według oficjalnej wersji, potknęła się o coś niewidzialnego. Potem oblała się kawą, sukienka stargała się w szwach, zgubiła się torba od boksu, Tony zadzwonił, że wypłata będzie za kilka dni, Wasp zwymiotowała, weterynarz nie przyjmował... I tak dalej, i tak dalej. Wciąż się coś nie udawało, jakby wszystkie oczy tych na górze spojrzały na Jones i zabawiały się nią, podkładając pod nogi kłody, których nie sposób było przeskoczyć.
 Tym sposobem Brandi pod koniec dnia była wykończona. Wracała do domu z treningu boksu - dodać trzeba, że ani razu nie wygrała, a ten cholerny łysy dupek uderzył ją w brzuch tak mocno, że nadal odczuwała lekki ból mięśni - a żeby połączyć wstępne słowa z resztą opowieści, Brandi poczuła odrażający zapach przetrawionego alkoholu i marihuany połączony w jedno. Roztaczała go grupka młodzików, która właśnie stanęła na przystanku i, bełkocząc niewyraźnie, czekała na autobus. Brandi pomyślała, że jeśli siądą obok niej, doda im jeszcze trochę subtelnego zapachu w postaci swoich rzygowin na ich koszulkach.
 Zostało jeszcze pięć minut, więc Jones odeszła kawałek, nie chcąc tego wąchać. Była wściekła na tych na górze, na Tego Jednego, na los, na fatum, na Latającego Potwora Spaghetti, jakkolwiek by tego nie nazwać - jak to człowiek, kiedy nie może czegoś wyjaśnić racjonalnie. Najzwyczajniej miała pecha, miała zły dzień, wstała lewą nogą. Miała ochotę wołać - cholera jasna, kurwa, psia Twoja jucha, jujki Twoje i wszyscy święci!
 Jak to jednak bywa w opowieściach, wszystko do czegoś prowadzi. I pech też do czegoś prowadził - sprawił, że świat, utraciwszy racjonalność, mógł na chwilę załamać swoją rzeczywistość.
 Koło Brandi stanęła w pewnym momencie jakaś staruszka ubrana w najtańszą bluzkę z lumpeksu i tanią staromodną wzorzystą szmatę udającą spódnicę. Od niej roztaczał się ciężki i mody zapach kwiatów; możliwe, że jeszcze gorszy niż zapach tamtej grupki. Wywoływała ten typ niechęci, który czuje się w stosunku do niechcących pracować ludzi - tych liczących na pomoc bez żadnego zwrotu, tych, którzy czasami nawet nie podziękują. Tych, którym się mówi "spierdalaj", a oni nadal nie idą. Brandi już chciała i od niej się odsunąć, gdy usłyszała:
 - Zły dzień miałaś, kochanieńka?
 Pierwsza kropla deszczu skapnęła Jones na nos. Już wiedziała, że zgodnie z biegiem dzisiejszego dnia, zaraz będzie calusieńka mokra. Zacisnęła pięści.
 - Nie, jest świetnie. Cudownie. Przecież każdy lubi być mokry.
 Staruszka zwróciła swój wzrok na Jones i uśmiechnęła się. Jej twarz była cała w zmarszczkach; nie miała kilku zębów, jedno oko patrzyło niebieską tęczówką, drugie - zieloną. Różnobarwność tęczówek, pomyślała Brandi, heterochromia iridum. Niesamowite.
 - Dejże rękę, powróżę, jeszcze nie spadnie deszcz. Dejże pięć Euro, powróżę.
 Brandi patrzyła na kobietę chwilę. Jeszcze cztery minuty... jeśli da jej to pięć Euro, nie będzie miała za co pojechać do domu, więc nie było mowy. Już miała kręcić głową i odmówić, kiedy usłyszała:
 - Wiedziałam, że masz zły dzień, kochanieńka, no nie? Powiem ci, co byndzie jutro. Za pięć Euro, dejże mi.
 - Nie, dziękuję. Naprawdę. Nie chcę znać przyszłości, poza tym - nie wierzę w coś takiego. Niech pani sobie pójdzie, proszę, na mnie pani nie zarobi.
 Autobus właśnie nadjechał. Brandi znowu podziękowała, chciała odejść, ale staruszka rzekła:
 - Ona tego chce, kochanieńka. A autobus nie odjedzie, spsuje się na światłach. I deszcze nie spadną. Dejże mi pięć Euro, powróżę ci.
 Brandi poczuła nieracjonalną złość; jakby ta kobieta mówiła o Słońcu! Zabawne! Chciała już powiedzieć, że nie ma się wtrącać w jej życie, kiedy naszła ją myśl: to jest ściema, przecież ta baba nic nie wie o Słońcu. Rozluźniła się, uśmiechnęła się krzywo.
 - Dobry trik, naprawdę. Każdy kogoś traci, łatwo to jest powiązać z tą osobą. Cholerna oszustka! Odwal się ode mnie, dobrze? Nie ma czegoś takiego jak przepowiadanie przyszłości, deszcz nie bierze się z twoich słów, a autobus nie zepsuje się, bo ty tego chcesz! Paszoł won!*
 W tym momencie autobus zatrzymał się. Brandi zerknęła na niego, zaskoczona; serio? Zepsuł się? Nie, niemożliwe! Patrzyła kilka sekund, jak kierowca wysiada, jak ludzie wsiadają... zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, kierowca znów zasiadł za kierownicą i odjechał. Patrzyła tylko na tylne światła, gdy pojazd zniknął za rogiem.
 - Kurwa mać!
 Staruszka uśmiechnęła się, znowu ukazując ubytki w jamie ustnej, po czym rzekła:
 - Teraz i tak nie wrócisz do domu. Więc dejże pięc Euro, powróżę, kochanieńka.
 Brandi poczuła, że nie ma już siły. Miała ochotę zwalić się na trawie za kioskiem, tam spędzić noc i mieć już wszystko gdzieś. Ten dzień wnet miał się skończyć, wnet miał odejść pech. Nigdy więcej nie ucieknie jej autobus, nie powącha śmierdzących nastolatków i żadna baba nie przyczepi się do niej, bo następnego dnia świat wróci na racjonalny tor.
 - Dobra. Masz. Spraw, że się pośmieję. Przez ciebie mi w końcu autobus uciekł.
 Kiedy pięć Euro znalazło się w ręce kobiety, chwyciła ona dłoń Brandi. To było zaskakujące - wydawałoby się, że starsze babcie nie mają takiej siły. Jones uznała, że nawet, gdyby chciała się wyrwać jej uściskowi, miałaby problem.
 - Tak myślałam, dzisiejszy dzień taki był, bo taki miał być - rzekła tajemniczo, na co Bran wywróciła oczami. - Czekałam na ciebie właśnie, kochanieńka... jak ty właściwie masz na imię?
 - A nie powinnaś tego czasem wyczytać z mojej ręki? - Wzrok staruszki był karcący, zupełnie taki, jakim babcia patrzyła na ciemnowłosą, kiedy znowu wdrapała się na drzewo. - Brandi.
 - No dobrze... Brandi. Tak... Nie masz jasnej przyszłości, bo zbliża się czas wybrania drogi, którą pójdziesz, kochanieńka. Nie patrz na mnie w taki sposób, ja wim, co mówia. Twoja matka też miała wróżby, no nie, kochanieńka?
 Brandi uniosła brwi. Pokręciła głową. Powiedziała, że nic o tym nie wie, ale wątpi, by tak było; mama była jeszcze mniej wierząca w to wszystko niż ona sama.
 - Nie wierzysz, ale ci wróżę, no nie? - Kobieta uśmiechnęła się i mrugnęła swoim zielonym okiem. - Masz w sobie życie, kochanieńka, wim co mówia! Nie patrz tak na mnie, nie wiedziałaś o tym? A, no tak, tutaj to to mówi, że nie wiesz... Ale nie zostaniesz matką, nie teraz, kochanieńka, stracisz je. Tej nocy nawet, kochanieńka, zadzwoń do tego swojego... któregokolwiek, kochanieńka, bo przecie do szpitala nie pójdziesz autobusem, no nie? No... Tak, tak...
 Brandi chciała zabrać rękę. Wiedźmisko jednak przytrzymało ją przy sobie.
 - Chcę iść. I czy nie powinnaś czasem mówić, jaki będę mieć samochód, kiedy spotkam męża, czy coś takiego?
 - Zapłaciłaś, to byndziesz mieć wróżbe, kochanieńka. No i na co ci mąż? Te wróżby na za dwadzieścia lat są takie fałszywe, przecie przyszłość się ciągle zmienia. I siedź już cicho, kochanieńka.
 Kobieta położyła palec na dłoni Brandi i zaczęła nim kreślić jakieś znaki. Brandi spojrzała w niebo. Cóż, z jednym kobiecina miała rację - nie padało. Ale to akurat po prostu zgadła. Z autobusem jej się nie udało.
 - Ona nie chce, aby się tak z tobą działo, kochanieńka. Ty wiesz, o kim mówia, nie znam jej, ale ona zna ciebie, tak mówi. Nie denerwuj się, kochanieńka, nie wierzysz w to, no nie? Dejże mi skończyć wróżbe, ja jestem uczciwa wróżka, zwrócić ci będę miała Euro, a już je straciłam. Ale ona mówi, że masz przestać, że ja jestem ostrzeżeniem, kochanieńka, i że to, co robisz, jest złe i że ona wie, że to przez nią i jest jej przykro. Przeprasza, że cię zostawiła, kochanieńka, ale nie miała wpływu, no nie?
 Brandi patrzyła na staruchę; nie, na wiedźmisko. Czuła dziwny skurcz w brzuchu i trochę powyżej; cholerne sztuczki! Nie dała jednak po sobie poznać, że to, co starucha mówi, ma jakiekolwiek odbicie w rzeczywistości. To tylko zgadywanki, nikt nie ma przecież dostępu do Słońca.
 - Jedna droga, kochanieńka, to droga Twojej matki. To droga, którą teraz sobie idziesz. Znajdziesz na niej wolność, dzieci i głupiego, ale poćciwego męża, kochanieńka, tylko nie byndziesz go kochać. Koniec ze studiami i dobrymi zarobkami, ale byndzie ta szczerość. Łatwa droga, bez miłości, ale zawsze byndziesz jeździć na desce. Druga droga to studia... nie widzę to miłości, ale co tam po miłości, ile ty byndziesz zarabiać, jeśli wrócisz do domu! Łoch! Pięć Euro to nic dla kogoś, kto byndzie Byntleyem jeździć.
 Brandi szarpnęła ręką.
 - Proste sztuczki. Widzisz, że nie mówię z holenderskim akcentem, więc nie jestem stąd. Musiałaś mnie widzieć na desce kilka razy. O mojej matce zgadujesz pewnie, poza tym, ona nie ma męża i nie jest tak totalnie wolna. Banały, tak to i ja mogę wróżyć. I nie lubię Bentleyów.
 - Dobra, kochanieńka, nie denerwuj się! Powim ci coś lepszego, no nie? Jest wokół ciebie ktoś, kto ciebie kocha. Tak mocno, choć sam o tym jeszcze nie wie. Chyba dziewucha, ale nie widać wyraźnie, natura jej nie dała cycków albo ma szeroką dupę, kochanieńka. Uważaj na nią... czy na niego. Nie bądź suką, bo ta osoba nie wytrzyma miłości do suki. Odpowiadasz za nią, kochanieńka, więc nie bądź suką, no nie?
 - A może powiesz mi, jak dostanę się do domu, co?
 - Nie zadawaj tak głupich pytań, dziewucho! Co mnie obchodzi, jak dostaniesz się do domu, jeśli mogę się dowiedzieć tak ciekawych rzeczy o tobie! I cicho już!
 Kolejny autobus, który zawiózłby Brandi do domu, odjechał. W sumie, Bran i tak nie miała pieniędzy, więc co za różnica? Westchnęła tylko potępieńczo. Poczeka.
 - To mało istotne, tego nie powim ci... o, rzućże prace, którą masz obecnie, bo je zła. Ona też tego chce, hehe, chyba je zazdrosna! Duży śledź to nie je wszystko, kochanieńka... za kilka dni wyjedziesz i sama to zdecydujesz, ale jo se tak mówia.
 Brandi uniosła brwi. Skąd ta starucha mogła wiedzieć o pracy i o tym, że sypia z szefem? Ktoś ją nasłał? Ale kto? Nie, niemożliwe, musiałaby to zrobić Mila albo inne kochanki Tony'ego, przecież niewiele osób wie, jak bardzo Tony'ego obdarzyła natura... Nie, czekaj! Wiele osób. Zbyt wiele.
 - A do domu wrócisz piechoto. Nie patrzaj tak na mnie, mówia ci. Nikt cie nie zaczepi. Koniec.
 Brandi uniosła brwi; już? Była pewna, że jeszcze więcej bzdur usłyszy od tej kobieciny. Bąknęła jakieś "dziękuję", czując jakieś wewnętrzne rozdarcie. Baba wydawała się wiedzieć, o czym mówi, ale jak niby miałaby przewidywać przyszłość? Nie, niemożliwe. Śmieszne. Udało się jej pozgadywać! Mówiła zagadkami w sumie, każdy człowiek sobie powiąże zagadki ze swoim aktualnym stanem... Tak...
 Brandi odetchnęła, zanim ruszyła do domu.

 Chociaż Brandi nie uwierzyła w słowa wróżki i całą drogę na piechotę przeszła zdenerwowana, czy nikt jej nie napadnie, stało się tak, jak przepowiedziała kobiecina - nikt nawet na Bran nie zwrócił uwagi, jakby otaczały ją słowa kobiety niczym ochronna tarcza. Również w tym momencie skończył się pech - Wasp nie narobiła kupy w mieszkaniu, na spacerze zachowywała się normalnie, kawa nie wylała się, a Jones ani razu się nie wywróciła. Co prawda ból brzucha dokuczał, ale było to winą dobrego uderzenia łysego. Tak podejrzewała.
 Obudził ją w nocy o wiele silniejszy ból, który wręcz eksplodował w jej wnętrzu. Brandi zwinęła się w kłębek, czując, że coś wewnątrz się rozrywa, niszczeje, spływa między udami i zanika, czując, jak los naciska na jej ciało, spełniając wcześniej ujawnioną przyszłość.


//Tak, wiem, niegdyś potrafiłam pisać lepiej. Ale straciłam kontakt ze słowem pisanym przeze mnie dawno temu i muszę powoli do tego wrócić. Kroczek po kroczku.//

niedziela, 1 lipca 2012

Postacie z życia i otoczenia Brandi.

 Postacie poboczne:

 Mila zwana Słońcem 
Och, Słońce! Nigdy nie wybaczę sobie, że nie byłam w momencie, gdy umierałaś, że nie byłam wtedy wielką bohaterką i nie uratowałam Ci życia. Nigdy nie wybaczę sobie, że zniknęłas tak młodo. Teraz mój świat jest ciemny, oświetlany tylko przez Księżyc i gwiazdy, a przecież wiesz, że ja nigdy nie chciałam żyć w wiecznej nocy.   

Ukochana Brandi, która zaginęła ponad rok temu, a której ciało odnaleziono przed kilkoma tygodniami. Jones kochała ją ponad życie, wszystko podyktowała sobie pod Słońce - od swoich wygranych po porażki, od przeszłości po przyszłość. I po jej śmierci zmieniła się, zmienia się coraz bardziej, coraz mocniej, niemalże psychotycznie kochając umarłą dziewczynę. Bo chociaż Brandi nie ma myśli samobójczych, podświadomie chce się stoczyć na dno i umrzeć, chce zniknąć, chce, by jej świat ponownie był pełen Słońca, nieważne, czy po stronie żywych, czy umarłych.



Thomas Jones



Braciszek. Brandi jest do niego uprzedzona w odwecie za to, że on nie lubi jej lesbijstwa. Czym się to objawia? Ano, Bran nie chce mieć zbyt dużo wspólnego z braciszkiem, uważa, że jest on cudownym wnuczkiem sztywnych dziadków, przez co strasznie kaleczy swoją wiedzę na jego temat. Mają różnych ojców.





Stan Black - ojciec Brandi, który jeszcze się tutaj nie pojawił. Jeśli jednak Brandi potrafi czuć nienawiść, to czuje ją do tego mężczyzny. Poznała go, mając dwanaście lat i chociaż starała się pokochać, nie potrafiła. Zawsze pijany, zawsze bezczelny, zawsze niedomyty, biedny, leniwy - miał najgorsze cechy, jakie tylko może mieć ojciec. Dlatego Brandi stara się być wszystkim, tylko nie nim.


Postacie blogowe:


a brak chwilowo

niedziela, 10 czerwca 2012

za twarda na najgorsze


 To jest kobiecość, która zachwyca w nielicznych momentach odkrywania siebie. To jest kieliszek wina w zły wieczór i muzyka pełna tęsknego brzmienia trąbki. To jest sukienka przerzucona przez oparcie krzesła. To jest odcisk szminki na lustrze. To zamglony, zmęczony wzrok z lekko rozmazanym makijażem. To przymglony uśmiech. To słabe odbicie twarzy w oknie, gdy za nim - prawie wieczna ciemność nocy. To kilka słów bezsensu. To te wszystkie nieliczne momenty, kiedy mentalnie jest lichym światłem starej, psującej się latarni.

 Ta sama dzikość, tylko ujarzmiona bezsennością. A bezsenność odbiera prawdziwego ducha - wszyscy w jej obliczu stajemy się tak samo stęsknieni za tym, co minęło i za tym, co przyjdzie. Wszyscy stajemy się smutnym jazzem, wspomnieniem dziwki, ksiązką, której nikt nie otworzył od dziesięciu lat, strzepywanym z ubrań kurzem. Nikt nie wykreślił Brandi z listy tych straceńców, którzy czasami czują się bezsilni wobec wszystkiego.

Nagle wtedy nie ma nic prócz muzyki w głowie, wina i własnej kobiecości - ani deskorolki, na której przecież jeździ od kilku lat, ani rękawic rzuconych na półkę, ani niewrażliwości na krew. Nie ma pragnienia wznoszenia się ponad wszystko ani żądania doświadczania. Nie ma homo i hetero, wszyscy są zlani w ludzkość - a potem w bezkształtną masę, która kroczy między kroplami deszczu. Gdzieś tam istnieje życie, ale nie tutaj. Tutaj jest tylko obrazem.

To te chwile, kiedy kobieta nieświadomie potrzebuje męskich rąk, bo własnie wtedy jej kobiecość żąda spełnienia; kiedy chce chwili ciszy i modlitwy do gwiazd o to, że bezsenność się skończy.

Moment, w którym kończy się wino, potem zaś - kiedy wiatr zaczyna budzić rzeczywistość. Bezsenność nie odchodzi na życzenie, jeszcze jest przez chwilę, ale obraz kurczy się i staje się przeszłością. Znów wszystko pędzi - kobiecość chowa się powłokami wyrosłymi na gruncie XXI wieku. Zza chmur wychodzi jasna tarcza, deszcz ustaje. Pociągi ruszają powoli po torach, ludzie znowu spieszą się na samolot. Amsterdam tętni życiem, choć to zły wieczór. Amsterdam bije mocnym sercem, chociaż wewnątrz niego znajdują się tysiące smutnych dusz.


medycyna - deskorolka - boks - beztalencie muzyczne - cyrk - teatr - sukienka - chłopczyca - skryta romantyczka - za twarda na najgorsze - superhero Amsterdamu - jazz - Jack Daniels - psica Wasp - asysta weterynarzowi - cytrynowe lody


a jak chcesz się ze mną skontaktować, tu proszę: [klik]

POWIĄZANIA




Jaram się okropnie nowym wizerunkiem, zatem przedstawiam Wam modelkę girlyoulost2cocaine na zdjęciach robionych przez nondani:
[1]     [2]      [3]      [4]     [5]
(:

Siła jest lepsza od słabości.

Ona była moim Słońcem, promieniami padającymi oświetlała najciemniejsze zakamarki mojego umysłu. Jej śmiech wywoływał dreszcz taki, jak skoki ze spadochronem, jak pływanie z orkami, jak pierwsze lekcje strzelania. Jej dotyk paraliżował, chociaż z dumy i z przekory nie przyznałabym się do tego. To ja rządziłam, chociaż duchem i ciałem poddawałam się jej każdego dnia. Ilekroć zamykam oczy, budzi moje oczy wspomnienie jej pocałunków składanych na powiekach, dłoni, które nieśmiało gładziły skórę. Od zawsze wiedziałam, że jej czułość miesza się z niechęcią, bo oto dla mnie porzuciła myśl o rodzinie, dzieciach, mężu, który nie rozumiałby jej smutków i zrzucałby winę na hormony. To jednak ja dawałam jej szczęście, okrywałam ją swoim płaszczem i chroniłam przed światem.

Ciemnowłosa kobieta, czując na twarzy przyjemne, ciepłe promienie słońca, wyciągnęła się w swoim łóżku. Podrapała się jeszcze po nodze, odetchnęła ciężko, dłonią przesunęła po twarzy, próbując się obudzić. Zdarła z siebie tym samym ostatnie resztki senności i usiadła. Rozejrzała się po pokoju, kompletnie nieposprzątanym, z ubraniami walającymi się po ziemi, z resztkami kolacji wsadzonymi w półki, z winem obok łóżka i szkłem rozbitym pod oknem. Firanki już dawno powinna wymienić, były żółte od papierosów, ale nie obchodziło jej to. Jej było dobrze w swoim małym chaosie pełnym zdjęć, przedmiotów budzących przyjemne wspomnienia i instrumentów codziennych zajęć.
Zwlekła się z łóżka i odszukała paczkę papierosów. Była pusta, rzuciła ją więc za siebie. Przeciągnęła się raz jeszcze, założyła koszulkę i wyszła z pomieszczenia.
Mieszkała z matką i bratem. Matka, kobieta pod czterdziestkę, mimo szans na wspaniałe życie, w wieku szesnastu lat zaszła w ciążę. Nie oddała dziecka, chociaż wszyscy ją do tego namawiali, uparła się; ta upartość z większą siłą przeszła na córkę. Matka jednak nigdy nie narzekała, mimo, iż zamiast pięknego domu wraz z dziećmi próbowała żyć w ciasnej klitce, zamiast portfela pełnego pieniędzy brakowało czasami na najpotrzebniejsze rzeczy. Nie była z tych kobiet, które kochają tylko szczęście - mimo, iż Brandi stanowiła przekreślenie marzeń, jej całe życie kręciło się wokół niej. Syn, młodszy, urodzony cztery lata po Brandi, nigdy nie był umiłowany tak bardzo, jak starsza córka. Nie potrafiła wyjaśnić, skąd biorą się w niej tak różne matczyne uczucia.
Klitka składała się z jednego holu i dwóch pokojów, kuchni. Łazienka była na korytarzu, dzielona z innymi mieszkańcami zapoconej kamienicy. Drugi pokój całkowicie wyremontowała Bran, za pieniądze, które zarobiła w wieku piętnastu lat. Tylko i wyłącznie dlatego miała własną sypialnię. Sypialnię, która z czasem stała się jedynym miejscem, gdzie Słońce mogło naprawdę wschodzić.
Bran przekroczyła próg kuchni. Uśmiechnęła się, widząc matkę szykującą śniadanie dla syna. On wciąż się uczył, w przeciwieństwie do siostry, i wciąż miał szansę zostać lekarzem. Nie porzucił marzeń dziadków.
- Cześć, mamo - powiedziała, podchodząc do niższej, o wiele niższej kobiety i całując jej policzek. - Tommy nie raczył jeszcze się nauczyć robić sobie kanapek?
- Och, Bran - szepnęła z wyrzutem Susan, krojąc chleb. - Twój brat to mężczyzna...
- ...co nie zmienia faktu, że kiedyś to tylko oni mogli trzymać ostre narzędzia w rękach. Facet musi umieć kroić chleb - dokończyła Bran, siadając przy stole i biorąc do ręki jabłko. Obejrzała je dokładnie, a potem odłożyła na miejsce. - Daj mi to, ja mu zrobię kanapki.
Susan uśmiechnęła się i pokręciła głową.
- Nie ma mowy. Tommy mi powiedział, ile pieprzu mu dorzuciłaś ostatnim razem.
Bran zaśmiała się tylko, robiąc jednocześnie minę niewiniątka. Zaraz potem odchyliła się na krześle i jeszcze raz przeciągnęła. Zaraz potem zawołała:
- TOMMY! Jest dziewiąta rano, co ty jeszcze robisz w łóżku!?
Wtem dało się słyszeć ciężkie kroki z pokoju obok.
Tommy był wysokim mężczyzną o pięknie skrojonych rysach twarzy. Miał ciemną skórę; efekt jednej nocy z jakimś amerykańskim urzędnikiem, którego korzenie sięgały Afryki. Włosy czarne, kręcone, ciemne oczy. Susan nigdy nie dziwiła się, że sąsiadki wzdychały za tym słodkim Tommy'm. Pomimo urody i bystrości umysłu nie wiązał się z nikim. Nauka, jak mówili dziadkowie, ma być dla ciebie najważniejsza. Taką zasadę przyjął Tommy i pomimo wielu dziewcząt, które z przyjemnością nagięłyby tę zasadę, on trwał niewzruszony w swym postanowieniu.
- Żartowałam - rzekła Bran, uśmiechając się jednocześnie na widok zaspanego brata. - Jest siódma rano. Ale nie pozwalaj mamie robić kanapek, wierzę, że uczą was na tych warsztatach z biologii trzymać nóż, co?
Tommy zmierzył wściekłym spojrzeniem siostrę. Podszedł do mamy, wymruczał jakieś "dzień dobry", ucałował jej policzek i zaczął sobie przygotowywać śniadanie.
Susan usiadła przy stole. Wzięła wcześniej oglądane przez Bran jabłko i ugryzła je.
- Dzisiaj wraca Mila, prawda? O której będzie na peronie? - zapytała kobieta. Tommy prychnął głośno za jej plecami.
- Tak, dzisiaj. Tommy, nie krzyw mordy, bo ci tak zostanie - odparła kobieta, siadając prosto na krześle.
- Brandi!
- Bardzo mi przykro, że moja siostra jest lesbą.
- Przynajmniej uwiodłam już jakąś kobietę i wiem, jak to jest dotknąć jej...
- BRANDI!
- Mamo!
- Och, serio? I co z tego, skoro najprawdopodobniej ona będzie ciebie utrzymywać, nierobie?
- Ja nierobem?! Powiedz mi, ile ty zarobiłeś przez całe swoje życie!
- Tommy!
- Mamo, przepraszam! Zaczęła!
Bran wstała gwałtownie, przewracając krzesło; już otworzyła usta, by odpowiedzieć jakąś kąśliwą uwagą, gdy nagle Susan uderzyła ręką w stół. I Tommy, i jego siostra zwrócili na kobietę oczy.
- Dość.
Spokój, z jakim Susan wypowiedziała te słowa, był czystym lodem. Ileż razy bowiem musiała godzić tę dwójkę niemogącą się zgodzić co do swojego stylu życia; ile razy wysłuchiwała tych krzyków. Jedynie ona potrafiła to przerwać, zanim Bran i Tommy stwierdzą zgodnie, że ich problemy może załagodzić jedynie rzucanie w siebie nożami.
- Idę się ubrać, Mila będzie o dziesiątej - powiedziała ostro Bran, po czym wyminęła i matkę, i brata, i wróciła do swojej sypialni. Zza drzwi słyszała jedynie ciche głosy wykłócające się o orientację kobiety. Ale Bran to nie obchodziło. Miała Milę, a to było największym szczęściem.

K-ska stacja należała do najnowocześniejszych w kraju. Do najbardziej obleganych również. Nie dało się tutaj przyjść i po prostu wyjść z osobą, na którą się czekało - w grę bowiem wchodziło szukanie pomiędzy setkami ludzi zgubionymi na peronach.
Bran stanęła przy wyjściu, na ławeczce tuż obok palarni, gdzie spotkała po raz pierwszy Milę. Zawsze tu śmierdziało; Mila była niepaląca, nie lubiła papierosowego smrodu, ale z tyloma bagażami nie miała wyboru, gdzieś na chwilę spocząć musiała. Tutaj też zawsze witały się po powrocie Mili od rodziny - czy z głupiej, niepisanej obawy, że więcej się nie spotkają, że się nie odnajdą na zaludnionej stacji, czy z jakiejś tradycji, nie wiedziały. To było po prostu ich miejsce, nieprzyjemne i śmierdzące, brudne, ale ich.
Gdy nastała dziesiąta, Bran zaczęła uważniej rozglądać się wśród pasażerów. Nie mogła się doczekać spotkania z Milą, jej opowiadania, jak bardzo rodzina naciska już, by znalazła sobie mężczyznę i jej smutku, że nie potrafi im wyjawić prawdy. Choć nie było to proste ani fair, Brandi cieszyła się z tego smutku - to oznaczało tylko tyle, że Mila wciąż jest jej, że porzuciła nędzny heteroseksualizm na rzecz jej. Ilekroć czuła wyrzuty sumienia, że jest nieco fałszywa, dusiła je stwierdzeniem, że przecież im obu daje szczęście. Nie zawsze, a na pewno nie w obecnym świecie, szczęście było proste.
Czekała kolejnych piętnaście minut, dwadzieścia, kolejną godzinę. W duchu próbowała siebie przekonać, że pociąg się spóźnił, pytała w informacji, gdzie jest pociąg z P-nia, dlaczego jeszcze nie przyjechał; ciągle dostawała tę samą informację - już zdążył odjechać z k-skiej stacji. Więc może Mila została jeszcze na chwilę? Może będzie za godzinę? Może za dwie? Może spóźniła się na pociąg? Tak, za chwilę ujrzy jej złociste włosy i pomoże jej z bagażami. Jeszcze chwilę.
Ale Mila nie pojawiła się ani o jedenastej, ani o dwunastej, ani wieczorem, gdy Bran zrezygnowana wróciła do domu. Smutek dopadał ją rzadko, częściej czuła gniew na świat, tym razem uczucie jakiejś pustki wypełniło ją po brzegi. Starała się nie martwić, ale mimo to uznała, że lepiej zadzwonić do rodziny Mili.
W domu nic nie odpowiedziała na pytanie, czy spotkała się z Milą, nie odpowiedziała na jakąś kąśliwą uwagę Tommy'ego. Weszła do pokoju, wyciągnęła drobniaki i wyszła do sklepu po kartę.
Nienawidziła rodziny Mili. Uznawali ją bowiem za najbliższą przyjaciółkę blondwłosej studentki, choć nieco zbyt biedną i trochę przegraną. Ich konserwatyzm doprowadzał Bran do szału, ale tylko dla ukochanej powstrzymywała wyznanie, że obie są homo i pieprzą się do białego rana, gdy tylko mogą. Mila zawsze powtarzała: daj mi czas. I chociaż Brandi zdawała sobie sprawę, że ten czas nigdy nie nadejdzie, wybaczała wszystko.
Stanęła w budce telefonicznej i wystukała numer rodziny Mili. Dźwięk w słuchawce przedłużał się niemiłosiernie.
- Dominic W-ski, słucham?
- Dzień dobry, panie W-ski. Jest może tam jeszcze Mila? Miała być dzisiaj, czekałam na nią na peronie, chcę zapytać, czy wszystko okej.
Po drugiej stronie aparatu dało się słyszeć kobiecy głos. Bran nie zrozumiała z niego nc, ale Dominic zaraz zawołał poza telefonem:
- Zaraz przyjdę! Bran, zgadza się? Mila nie dojechała? Wyszła z domu o ósmej przecież. Miała jechać wcześniej...
- Nie, nie dojechała. Czekałam na nią cały dzień.
- Może jest w akademiku? Sprawdzałaś?
Bran chwilę się zastanowiła. Mogła sprawdzić...? Nie, to niemożliwe. Mila nie poszłabym do akademika, nie witając się z nią, nie dając żadnego znaku życia.
- Nie, proszę pana. Ale nie pojechałaby do akademika, nie mówiąc mi nic o tym. Znam ją na tyle. Poza tym, nie widziałam jej na peronie.
W słuchawce dało się słyszeć westchnienie.
- Brandi, spróbuję się do niej dodzwonić, obiecuję. A ty sprawdź w akademiku. Będziemy się martwić, jeśli jej tam nie będzie, dobrze? I nie martw się. Mila to rozsądna dziewczyna.
Bran postukała palcami o szybę.
- Wiem, panie W-ski. Sprawdzę. Zadzwonię za godzinę, albo od Mili, jeśli czegoś się dowiem. Przepraszam, że tak do pana zadzwoniłam najpierw...
Zmrok już dawno okrywał niebo, gdy Bran zdecydowała się iść do miasteczka studenckiego w K-wie. Ciężko było dogadać się ze strażnikiem, by wpuścił ją do środka, ale udało się za wręczeniem kilku papierków. Potem udało się tym samym sposobem przekonać administratorkę, by sprawdziła w komputerze, czy Mila pojawiła się w akademiku. Okazało się, że jednak nie. Zanim jednak Bran zadzwoniła znowu do Dominica W-skiego, sprawdziła wszystkie hotele, motele i szpitale w mieście. Okazało się jednak, że i tutaj Słońca nie było.
Do domu wróciła o czwartej. Susan spała, Tommy też. Miała nadzieję zastać Milę w jej sypialni, śpiącą, zmęczoną; może się po prostu minęły? Tutaj jednak też ją czekał zawód. I gdy miała ponownie wychodzić, ot, choćby po to, by poszukać jej na ulicach, zziębniętej i niewiedzącej, co zrobić dalej, zadzwonił telefon.
Odebrała tak szybko, jak tylko potrafiła, nie zważając na to, że przewróciła krzesło i ledwo nie rozbiła dzbanka z wodą.
- Słucham?
- Bran? To ty?
- Tak, tak. Ma pan jakąś wiadomość od Mili?
Mężczyzna chrząknął; głos miał dziwny. Brandi poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku.
- Więc ty też jej nie spotkałaś? Telefon Mili milczy. Już zawiadomiliśmy policję.

Minął już rok, odkąd Słońce nie wschodziło. Bran, nie mogąc znieść miasta, w którym nie było Światła, wyprowadziła się. Sprzedała wiele swoich rzeczy, pamiątek, to, co zostało - spakowała do wielkiego kufra. A potem wyjechała, tak po prostu, nie bacząc na nic - na to, że policja może się dziwić, że matka i Tommy będą marudzić. Musiała wydostać się z miejsca pełnego nocy, pełnego istnienia, z którego się narodziła.
W Amsterdamie zaczęła pracować jako kelnerka w jednej z lepszych restauracji w mieście. Starczało jej na opłacenie skromnego czynszu i na powolne zbieranie pieniędzy na kilka rzeczy, bez których nie mogła żyć. Nie szukała w życiu celu. Nigdy więcej.


Informacje, które mogą się przydać:
lubi kobiety
woli kobiety
pieprzy kobiety
choć zdarzają się wyjątki

a właściwie jeden
ma 22 lata
jeździ na desce
ma sukę o imieniu Wasp
pracuje w pubie Tony'ego

rzadko budzi się w niej wersja seksowna
w jej życiu bywają ludzie (link do powiązań)



[Żart:
Idą dwa koty przez pustynię. Nagle jeden do drugiego:
- Ej, stary, nie ogarniam tej kuwety...

hohohoh :D

Jestem chętna na wątki na zasadzie Ty pomysł - ja zaczynam albo odwrotnie.
Jeśli nie odpiszesz przez tydzień, zacznij nowy wątek, please ;3 
Jeśli napiszesz mi wątek, a nie będzie w nim nic o Brandi, żadnego spotkania, nic - to dostaniesz odpowiedź dokładnie taką samą (;]