LISTA POSTÓW

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Letnie porządki

Moi drodzy, przychodzi w życiu taki czas, kiedy pewne zmiany są nieuniknione. Tak też się stało tutaj, na naszym AC.
Otóż chodzi o to, że administracja postanowiła założyć nowy, choć w dalszym ciągu jakoś nawiązujący do Amsterdam College, blog. Oczywiście mogą być tam kontynuowane historie rozpoczęte tutaj - byłoby świetnie, gdyby tak się stało - ale możecie rozpocząć także coś zupełnie innego.
O szczegółach dowiecie się już na miejscu. W tym celu podajemy adres:


Mamy nadzieję, że wciąż będziecie chcieli rozwijać swoje postacie w zakręconym, holenderskim świecie, w którym do tej pory już tak wiele się wydarzyło. Szkoda byłoby zapomnieć o tych trzech latach, prawda? : ) 

ZAPRASZAMY ! 

PS. Dziękujemy serdecznie tym, którzy zawsze byli z nami, nie poddawali się i pomagali nam odbudowywać AC.
Może macie ochotę na kolejne, ciekawsze przygody? ; ) 

środa, 5 czerwca 2013

Człowiek racjonalny

            Brzęk zastawy poinformował go, że powinien już skończyć palić i grzecznie usiąść do stołu. Zgasił papierosa o parapet i przerzucił nogi przez ramę okna, tak, że znajdował się już we wnętrzu. Nigdy nie przypuszczał, że brak balkonu będzie aż tak kłopotliwy.
            Walerija, tak dla odmiany, tłukła się teraz w kuchni. Zawsze, gdy gotowała, zmywała albo rozkładała sztućce na stole, robiła to z niemożliwym hałasem, wręcz rzucała trzymanymi przez siebie przedmiotami, jakby zupełnie nieświadomie chciała je potłuc. Miała to po matce, tę nerwowość ruchów, jakby wszystko paliło się w jej dłoniach.
            Savva stwierdził, że póki co może pozostać na parapecie; to takie mrożąco ekscytujące, ta świadomość, że wystarczy nieco się odchylić, a już można zacząć spadać i rozbić się o bruk podwórka. O ile jest się na tyle upośledzonym, żeby stracić równowagę, siedząc w nadzwyczaj komfortowej pozycji, do tego na szerokim parapecie. Cóż, bywają i tacy ludzie. Szczęśliwie, Savva się do nich nie zaliczał, siedział sobie dumnie i pewnie, w ogóle, to myśl o upadku była absurdem. Niemniej, absurd ten pozostawał w pewien sposób intrygujący.
            - Złaź stamtąd. Zniszczysz parapet.
            Walerija stała tuż przed nim, kurczowo ściskając w dłoniach garnek z zupą. Zabawne, nigdy nie nalewała zupy do talerzy w kuchni, zawsze najpierw rozstawiała wszystko na stole. Jak do jakiegoś uroczystego obiadu. Który on, zmierzły młodszy brat, musiał zawsze zepsuć. Swoim bezczelnym zwyczajem siedzenia na parapecie chociażby.
            - I tak przydałoby mu się malowanie - stwierdził, wzruszając ramionami. Jednak złowrogie spojrzenie siostry zmusiło go do opuszczenia jakże wygodnego siedzenia i zajęcia miejsca przy stole. - Ja tylko grzecznie wyrażam swoją opinię...
            Kropelki nalewanej przez Waleriję zupy bryzgnęły na koszulę chłopaka. Przy okazji, na stół też. Jak to miło, że jego siostra nie uznawała obrusów; obrusy w jakiś magiczny, błyskawiczny sposób stają się brudne, czego ona, ze swym skrajnym umiłowaniem czystości, sterylności wręcz, zwyczajnie by nie przeżyła. Ale koszuli szkoda, Savva uznawał ją za jedną z tych lepszych i ładniejszych. Pewnie dlatego, że była prezentem.
            Spożywanie obiadu wraz z siostrą nie należało do czynności, które sprawiały mu wyjątkową radość, jednak jakby na to nie spojrzeć - lepsze pół godziny udręki przy porządnym jedzeniu niż dieta złożona z zupek chińskich i hektolitrów herbaty. Albo i czegoś innego, zależy, czy nastrój i towarzystwo jest.
            Obecnie miał zakaz picia herbaty. Albo czegokolwiek innego. Pół godziny po jedzeniu, bo tak jest zdrowo. Cóż, zawdzięcza siostrze - chwilowy, co prawda, ale zawsze - dach nad głową, musi więc stosować się do jej zasad, żeby możliwa była jakaś pokojowa koegzystencja. Żadnych wojen, na wojny z Waleriją nie miał siły. Przynajmniej nie na te jawne.
            Bo w stanie konfliktu trwali w sumie tak od... zawsze? Bo jego siostra była małym ideałem, świętą męczennicą, co braciszka pilnuje, bo mamusia nie może, mamusia ma migrenę, dajcie mamusi spokój. Bo Walerija wszystko robiła tak jak trzeba, zawsze pisała ładniejsze bukwy, nigdy nie pobrudziła ani nie podarła rajstopek, nie szlajała się po nocy. Jego siostra była taka cudownie nijaka, taka plastyczna, duma mamusi i tatusia. I tylko on wszystko psuł.
            Zabrała talerze ze stołu. Po obiedzie pewnie zacznie narzekać, że jej nie pomaga. Zawsze wszystko robi sama, a potem wypomina mu, że nawet palcem nie kiwnie. Bo przecież powinien coś robić, skoro z nią mieszka. Och, chętnie by coś zrobił, czasu miał aż nadto, koncerty i praca w muzycznym nie były aż tak zajmujące czy wyczerpujące, żeby nie mógł choćby kurzu z mebli pościerać. Ale nie, wszystko już było wcześniej zrobione. Zastanawiał się, jak. Walerija funkcjonowała jak jakiś cyborg, wciąż zajmowała się czymś produktywnym, pożytecznym. Jak matka. Ciekawe, czy jej też czasami trzęsą się ręce, czy też nie może spać w nocy, ale nie weźmie leków, bo leki są złe, co wie każdy, kto z lekami ma do czynienia na co dzień...
            Tutaj już myśli stąpały po niebezpiecznym gruncie. Pewnych kwestii nie powinien poruszać, nawet wtedy, gdy już same z siebie wypłyną. To jest niebezpieczne, bo wszystko można zrzucić na nieświadomość i z masochistyczna lubością rozdrapywać stare rany, analizować to wszystko w boleśnie naukowy sposób, przy okazji oglądając własne reakcje jakby z boku... Uspokój się, przed twoim nosem właśnie wylądowało z impetem drugie danie.
            - Co zamierzasz dziś robić? - to, że Walerija postanowiła się odezwać, kompletnie go poraziło. Ogólnie, to nie należała do wyjątkowo rozmownych osób, ale gdy chodziło o Savvę, to jej małomówność stawała się wręcz patologiczna. Bo rozmowa z czarną owcą w rodzinie to strata czasu jest i samo zło. Bo użyczanie swojej kanapy jako miejsca noclegu wcale nie zobowiązuje do zacieśniania więzi.
            - Zrobiłaś bliny! - stwierdził ze szczerym zdziwieniem, spoglądając na swój talerz. - Jak ja dawno nie jadłem blin, nie wyobrażasz sobie! Wezmę i sprawdzę, czy mamy jakąś śmietanę, bo marmolada - szybki rzut oka na stół - porzeczkowa jakoś niezbyt do mnie przemawia - już wstawał od stołu, już kierował się ku kuchni...
            - Pytałam, co masz zamiar dzisiaj robić? - pobrzmiewający w jej głosie chłód zatrzymał Savvę w pół kroku.
            - Jest późne popołudnie - stwierdził ostrożnie.  - Co ja mogę robić w późne, majowe popołudnie w tym wiecznie zawilgoconym mieście? Nic interesującego, naprawdę.
            Chciał iść do kuchni. Poszukać tej śmietany, zapalić papierosa. Oczywiście, musiałby trzymać rękę za oknem, bo Walerija zaraz poczułaby smród tytoniu. Miała niezwykle wyczulony nos i nienawidziła, gdy ktoś palił.
            Tak, plan z kuchnią, oknem i szlugiem brzmiał dobrze. Ale oczywiście nie mógł się spełnić, bowiem zatrzymały go kolejne słowa Waleriji.
            - Znowu będziesz się włóczył - stwierdziła oskarżycielskim tonem.
            - Jestem dorosłym człowiekiem, mogę robić, co chcę - odparł, znudzony. - Wala, już to przerabialiśmy...
            - Nie mów do mnie Wala! - podniosła nieznacznie głos, jej szare oczy rozszerzyły się nieco. Zaczynało się robić nieciekawie. - Znowu będziesz się szlajał z tą kobietą!
            Westchnął teatralnie. Brawo, po prostu brawo, wytaczamy najcięższe działa - mieszamy do wszystkiego znajomych Savvy, bo przecież są to ludzie nienormalni, zdegenerowani i w ogóle, ludzie, którzy w poukładanym światku Waleriji się nie mieszczą. A że ostatnio do tego światka zaczął należeć również on...
            - Chantal się nie czepiaj, jest porządną dziewczyną - rzucił tylko i szybko zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni. Jeszcze moment, a zaczęłyby latać talerze. Albo i gorzej, może kazałaby mu się wynieść, może wywaliłaby jego rzeczy przez okno, prosto na to brzydkie, szare podwórko...
            W lodówce nie było śmietany. W sumie to i dobrze, jakoś stracił ochotę na bliny.

* * *


            Na Magere Brug, rzecz dziwna, ale nawet wieczorem nie bywało tłoczno. Akurat Savvie przydałby się teraz jakiś anonimowy tłum, w którym mógłby się rozpłynąć, wyłapywać strzępki rozmów, być przypadkiem potrącanym przez ludzi, bo go nie zauważyli - zresztą, nie było czego zauważać, ot, marny metr sześćdziesiąt w kapeluszu, ze strzechą rozwianych włosów niewiadomego koloru - poznawać obce twarze i zaraz wyrzucać je z pamięci. Jak na złość, był nieomal sam. A ucieszyłoby go nawet spotkanie jakiejś dużej, hałaśliwej i niezwykle irytującej wycieczki.
            Jak chciał tłumów, to mógł iść do jakiejś kawiarni, klubu, ewentualnie wsiąść do wodnego autobusu. Ale przyszedł na ten most. Bo go lubił. Bo raz, w grudniu chyba, jakoś nad ranem, kiedy było jeszcze ciemno, siedział tutaj z Chantal, znaczy się - ona siedziała na barierce i paliła papierosa, on się o tę barierkę opierał i spoglądał na rozedrgane na wodzie odbicie mostu i powieszonych na nim lampek. Ona się z czegoś śmiała, on udawał urażonego. To się mogło dziać gdziekolwiek, kiedykolwiek. Ale zdarzyło się tutaj, na tym moście.
            Dlatego przylazł tu jak idiota. Że niby sobie wszystko poukłada, że niby będzie dobrze, bo to miłe miejsce i zakotwiczone są w nim dobre emocje. Czy jakoś tak, ale wniosek jest jeden - nic to nie daje. Ciągnąc ten wniosek dalej - psychologia pozytywnego myślenia również nic nie daje. Cały ten optymizm to bzdura. Jakże głębokie potrafią być ludzkie rozmyślania po czymś tak błahym jak... co właściwie? Niemal codzienna pyskówka? Pretensje o nie wiadomo co? Po prostu nie pasował do poukładanego świata Waleriji, ot, tyle. Tak samo nie pasował do poukładanego świata swojego ojca. Bo poszedł w stronę bez przyszłości, bo nawet studiów mu się nie chciało skończyć, bo się nie dopasował. Chyba podmienili go w szpitalu. Och, miałoby to sens, gdyby nie był podobny do Waleriji. Gdyby obydwoje nie byli niscy, nie mieli szarych oczu i włosów jak wiechcie słomy, gdyby nie wykonywali takich samych, nerwowych ruchów rękami, on podczas rozmowy, ona, żeby rozładować wewnętrzne napięcie. Irytowało go to podobieństwo, zwłaszcza teraz, gdy miał siostrę pod nosem. Patrzył na nią, to jakby patrzył w lustro.
            Nie. Stop. To są znowu niebezpieczne rejony. Znowu sam się nakręca. Najgorsze jest to, że dokładnie wie, czemu to robi. I dlaczego nie przestanie. Durna psychologia. Wiedzieć - oczywiście!, ale zastosować w praktyce to już nie. Po co?
            Zdecydowanie, potrzebował jakiegoś towarzystwa. Ot, żeby się oderwać, nie myśleć tyle. Jakby zajęła go czyjaś obecność, brzmienie głosu, mechanika gestów, pal licho temat rozmowy, mogą to być największe bzdury, on musi się skupić na rzeczach małych, miłych.
            Chantal. Do niej można było iść zawsze, o każdej porze dnia i nocy. Mniejsza z tym, co można zastać w jej mieszkaniu. Nic go już nie dziwiło, przyzwyczaił się przez... dwa, a może już trzy lata znajomości? Nieważne. Mniej myślenia, więcej konkretnych działań. Dosyć stania na moście jak niezdecydowany samobójca. Albo głupi samobójca, bo skacząc z Magere Brug trudno byłoby się zabić.

* * *

            O dziwo, w mieszkaniu Chantal nie napotkał niczego dziwnego. Żadnych przyjaciół warujących pod drzwiami jak kiedyś tamten pianista przy wyjściu z klubu, żadnych nieodpowiednich widoków w szeroko rozumianym sensie. Jeśli pod nieodpowiedni widok nie podciągnąć właścicielki mieszkania, ubranej w podomkę. Ba, jeśli w ogóle nie brać pod uwagę właścicielki mieszkania. Nie wiedzieć czemu, mnóstwo ludzi uważało urodę Chantal za subtelnie wulgarną. Niby jej usta naturalnie lekko się wydymały, niby uwielbiała nosić krótkie sukienki, ale z tymi nogami... miała do tego pełne prawo... Albo jak tak na człowieka patrzyła... tymi, hm... oczami...
            Ewentualnie wydzierała się bez litości.
            - Czy ty myślisz, że ja mam dla ciebie czas?! - chociaż, nawet gdy krzyczała, czyniła to tak jakoś od niechcenia. Zataczała kółka ręką, w której trzymała papierosa, co i rusz mrużyła oczy. - Dla ciebie i twoich problemów?!
            - No... nie? - siedzenie po turecku na pufie jednak nie było dobrym pomysłem; ciągle się z tego draństwa zsuwał. Słowom Chantal poświęcał minimum uwagi. Przywykł już do tych... chwil załamania, nie drażniły go nawet. Należało uśmiechnąć się miło, potakiwać, przeczekać. Emocje szybko opadały, zwłaszcza, gdy w pobliżu były papierosy. - Kto tym razem, co i czemu? - zawsze musiał zadać to pytanie. Taki rytuał. Lubiła mu mówić o... wszystkich tych rzeczach.
            W sumie, było to smutne. Jego, Savvy, nigdy nie traktowała i zapewne nie potraktuje jak innych mężczyzn. W sensie... Niby brzmi to tak fajnie, niby mogą sobie od serca pogadać, wygłupiać się i co tylko, ale... To nie jest miłe. Za każdym razem, gdy zdarzała się taka sytuacja jak teraz, uderzało to w niego z podwójną siłą. A mimo to ciągle do niej przychodził. Nie włóczył się z wywieszonym jęzorem, jak co poniektórzy, mogło to wyglądać zupełnie inaczej, ale... w rzeczywistości było tym samym, jeśli nie o wiele bardziej żałosnym zjawiskiem.
            I tak oto szanse na poprawę nastroju szlag trafił. Pozostawało tylko otworzyć się na potok frustracji i rozżalenia Chantal.
            - Zostawił mnie - stwierdziła, z oburzeniem zaciągając się papierosem i spoglądając gdzieś w bok. - Rozumiesz?  O n.  M n i e.
            Ach, tak. Bo Chantal się nie mówi "nie". Bo jej się nie zostawia, nie obraża, nie ignoruje. Whatever Lola wants, Lola gets, chciałoby się zanucić. Może i brzmiało to źle, może i nie było to moralne, ale... to tylko i wyłącznie jej sprawa. Ewentualnie tych, co wydają sądy. Kwestia ta obchodziła go tyle, co zeszłoroczny śnieg, bo... nigdy go nie dotknie. To boli, ale jednocześnie daje jakąś satysfakcję. Złudną, oczywiście. Pokiwał ze zrozumieniem głową. Na tym to polega. Potakiwać i nie odzywać się.
            - Po prawie roku. I wiesz, co jeszcze powiedział na koniec?! - westchnęła i znów zaciągnęła się papierosem. Strzepnęła popiół do stojącej na stoliku popielniczki, poprawiła rozchylający się dekolt podomki. Powiedziała mu.
            Teraz mogło być już tylko lepiej. Chantal przestała się zachowywać, jakby nie była sobą; założyła nogę na nogę, odrzuciła do tyłu grzywę kręconych włosów i milczała, co jakiś czas zaciągając się papierosem, ewentualnie sięgając po nowy. Wszystko to czyniła z nonszalancją, w sposób niemożliwie leniwy; jej ruchy stawały się coraz spokojniejsze i wykonywane jakby od niechcenia. Zaraz się odezwie, jej głos znów będzie niski i wibrujący jak pomruk kota, bez załamujących się nut rozdrażnienia...
            Odechciało mu się czekać na ten moment, chociaż był już blisko. Odechciało mu się siedzieć tutaj, w tym idealnie nowoczesnym mieszkaniu, z tą skończenie idealną kobietą, z tą denerwująco atrakcyjną kobietą, ciemnoskórym diabłem i wszystkie te określenia, które rzucił tamten mężczyzna, odchodząc. Niespodziewanie automatyczna niechęć przerodziła się w ciche uczucie solidarności.
            - To był tamten pianista - słowa wypłynęły spomiędzy wzdętych warg wraz z dymem. - Pamiętasz go, prawda? Idiota...
            Potrząsnęła głową, przymykając oczy. Kaskady ciemnych loczków opadły na jej twarz. Odrzuciła włosy do tyłu i przeczesała je dłonią. To absurdalne, ale zauważył, że paznokcie miała pomalowane na czerwono. Równiutko przypiłowane, długie paznokcie pomalowane na bijący po oczach kolor. To tak urocze i irytujące jednocześnie.
            - Chodźmy gdzieś - zaproponowała, pochylając się w stronę Savvy i dmuchając mu dymem prosto w twarz; nawet nie zmarszczył nosa, nie zamknął oczu. Odsunęła się, przekrzywiła lekko głowę, jakby oceniając swoje dzieło. Wstała i przeciągnęła się. - Ogarnę się nieco i wyjdziemy - oparła się o drzwi prowadzące do łazienki. - Chodzenie z tobą po mieście jest... zabawne.
            Zabawne.
            Nie poszedł sobie. To byłoby nieuprzejme. Nie można być człowiekiem nieuprzejmym, to nieeleganckie. A on jest człowiekiem eleganckim. Czekał więc. Siedział, czekał i miał ochotę wyć jak pies. Albo zrobić coś równie głupiego.
            Na przykład wyjść. Tak po prostu. Ups, chyba nie zdąży. Chantal wróciła.
             - Wiesz - to takie łatwe, mówić nieprawdę. - Chyba nieco źle się czuję - nie musiał się nawet starać, żeby wyglądać jakoś nieciekawie; to był dla niego stan naturalny. - Pewnie byś mnie musiała za sobą później wlec. Jakoś sobie poradzę, wrócę do siebie... - ach, jak wspaniale, nikt nie czuje się urażony, ze wszystkich zdjęta jest odpowiedzialność, pięknie!

* * *

            Kobiety. To było takie proste. Że też nie pomyślał o tym wcześniej. Niewłaściwe kobiety. Irytowały go kobiety. Znał niewłaściwe kobiety i one go denerwowały. Deprawowały. Zasmucały. I wszystko inne. To takie proste.
            Walerija zasnęła na kanapie. Jego kanapie. Ustalili, że kanapa należy do niego, Savvy, na cały ten okres, w którym będzie tutaj mieszkał. Savva nie miał zamiaru przenieść swojej siostry do łóżka, obudzić, przykryć kocykiem... Nie. Ją będzie kręgosłup bolał, jej będzie zimno nad ranem. On może choćby i całą noc nie spać, może położyć się w sypialni, on nie ma takiej obsesji na punkcie sterylności, nie umrze, śpiąc na cudzym materacu...
            Jedną rękę Walerija miała ułożoną na brzuchu. Bladą, żylastą, z długimi, chudymi palcami. Mają podobne ręce. I nosy, małe, lekko zadarte. I oczy. I układ kości policzkowych. I włosy, tak samo suche, tej samej, nijakiej barwy. To głupie, być męską wersją swojej siostry. To głupie, gdy twoja siostra jest twoją żeńską wersją. To głupie, bo można dojść do wniosku, że z charakteru też jesteście podobni. A Walerija jest podobna do matki. Matka była kobietą niezwykle znerwicowaną. Matka była kimś, kto z byle powodu tracił równowagę emocjonalną.
            Absolutnie, nie przypomina matki. Ani Waleriji. Ani nikogo. Jest człowiekiem opanowanym, człowiekiem odpowiednim. Człowiekiem, który pod wpływem impulsu rzucił studia. Bo psychologia to kierunek do kitu. Bo tak. Bo mnóstwo innych powodów. Tak bardzo racjonalnych.
            Bo jest człowiekiem racjonalnym.


____________________________________________________________
Popełniłam takie coś, o. Savvę fajnie się męczy, o Savvie fajnie się opowiadania pisze, ale Savva na dłuższą metę męczący jest.
Tak że, ten... myślę, co z nim zrobić.

sobota, 1 czerwca 2013

Jest jakiś ponury fatalizm w mechanizmie zemsty.

Stephen 'Steve' Underwood
26 lat
28.02.1987
Anglik
Ochroniarz w jednym z klubów nocnych w dzielnicy czerwonych latarni, lecz tak naprawdę pracuje na zlecenie holenderskiej mafii

Myślisz, że go znasz?

To zadanie zdecydowanie z tych trudniejszych. Nie bywa przewidywalny, chociaż? Jeżeli uda ci się podejść do niego od odpowiedniej strony, może nawet uda ci się go rozgryźć. Lubi robić wszystko na przekór innym, dlatego częstym słowem padającym z jego ust jest po prostu „nie”.
Czy należy do tych złych i negatywnie nastawionych do świata? Raczej nie, to jedynie maska, którą nakłada na twarz, ponieważ nie lubi zbytniego zainteresowania swoją osobą. Nie przepada za byciem w centrum uwagi. Co w przypadku jego lewych interesów całkiem przydatna cecha, jednak nie zawsze jest łatwo zostać niezauważonym zważając na jego wzrost – mierzy ponad metr dziewięćdziesiąt.
Nie pozwala sobie na stawianie warunków, których i tak nie spełni, jeżeli będzie uważał, że ograniczają jego wolność. Zdecydowanie jest zawistny i nie zapomina win innych.
Jednak w gruncie rzeczy nie jest złym człowiekiem, tyle że każdy z osobna musi to odkryć osobiście.

Co lubi?

Zamykać się w swoim garażu, ubrudzić się pod maską własnego samochodu i usiąść za jego kółkiem w nielegalnych wyścigach, z którymi ma naprawdę dużą styczność. Rozpoznawalna twarz na płycie opuszczonego boiska tuż pod Amsterdamem, gdzie pojawia się prawie za każdym razem innym autem - co z tego, że były kradzione, mało który klient klubu nocnego (albo jak kto woli - burdelu) się orientował, że jego auto zniknęło na parę godzin.
Nie zapominajmy o tym, że lubi zatracać się w dźwiękach muzyki, którą nie tyle lubi, co kocha. Nie wyobraża sobie życia bez swojego idola Slasha, Guns’N’Roses, Nirvany, OMEGI, Muse, Apocaliptica’i czy wielu innych.
Jest tylko człowiekiem, całkiem normalnym, z paroma brudnymi zajęciami, ale jednak jego  dzień nie zacznie się póki nie zje miski płatków cynamonowych, zadowoli się też takową gumą do żucia, jednak to i tak nie jest do końca to.
Bywają dni, że nie rozstaje się ze swoją czerwoną Aldonką, a któż to? To gitara elektryczna, którą dostał od ojca.

Jak go rozpoznać?

Wiemy już, że jego głowa wystaje ponad połowę naszego społeczeństwa. Ale nie wyróżnia się za to kolorystycznie, jakoś stroni od jaskrawości. Czerń, biel ewentualnie czerwień przemycana jest do jego ubioru. No cóż, lubi swoje czerwone glany.
Nie stosuje jakiś wymyślnych modowych trików, właściwie w ogóle nie jest modny. Matka powtarzała mu ciągle, że jest fleją, ale czy miała do tego prawo tylko dlatego, że jeżeli zrobi dziurę w spodniach to dorzuci jeszcze kilka nowych od siebie i uważa, że ma spodnie z kolekcji a la Underwood?
Koszulki, bluzy z podobiznami idoli i ulubionymi zespołami są na porządku dziennym. Ale i jakaś koszula się w jego szafie znajdzie.
Co do jego ciemnych włosów. Zazwyczaj chodzi w rozpuszczonych.

Coś z przeszłości?

Księciem z żadnej bajki z pewnością nie jest. Do rodziny arystokratów też nie należy. Chociaż może miał niemałe szczęście urodzić się w prawniczej rodzinie, jednak to ten zawód zrujnował mu całe prywatne życie. Oczywiście nie raz rodzice ratowali mu tyłek przed sądem. Raz nawet został oskarżony o śmiertelne pobycie, jednak czy był winny? Do dziś nikomu się nie przyznał, a dzięki ojcu dostał kilkuletni wyrok w zawieszeniu, który na szczęście już wygasł.
 W wieku lat piętnastu przeprowadził się z rodziną z Londynu do Amsterdamu. W końcu to tu były największe przekręty i inne ponure zbrodnie, które wymagały wyjaśnienia w sądzie, a co za tym idzie i prawników. Ostatnia ich sprawa dotyczyła oszustw w jednym z kasyn, gdzie jeden z biznesmenów (tam graczy), zrobił przekręt na kilka milionów euro. Sprawa nie została zakończona przez rodziców Underwooda, ponieważ, to ich wyłowiono z basenu w ich posiadłości. Steve po ich śmierci dostał pokaźne odszkodowanie, które ulokował bezpiecznie na koncie. Poprzysiągł sobie, że zemści się za śmierć rodziców, a że na jego drodze stanęła mafia, stwierdził, że dzięki niej prędzej dojdzie do sprawcy i zemści się.

"Jest jakiś ponury fatalizm w mechanizmie zemsty. Jest coś nieuchronnego i nieodwracalnego. Bo nagle spotyka cię nieszczęście i nie możesz dociec - dlaczego? Co się takiego stało? A to po prostu dosięgła cię zemsta za zbrodnie twojego żyjącego dziesięć pokoleń temu praojca, o którego istnieniu nawet nie myślałeś."
– Ryszard Kapuściński


[Witam, nie gryzę. Steve to dobry facet, zapewniam]

czwartek, 30 maja 2013

I’m not stupid. Just physically luscious and inherently unlovable.


C a l e b   C l a y t o n

07.01.1990, Londyn
Brytol. Pianista. Pan Prawie-Kompozytor.

~

"Naucz się wszystkiego, co możliwe. Wypróbuj wszystko, co się pojawi na twej drodze. Patrz na wszystko, co jest do zobaczenia. Szukaj, eksperymentuj, popełniaj błędy, ponoś porażki, podnoś się z nich. Stań się religijny, konserwatywny, radykalny. A potem zapomnij o tym wszystkim i odnajdź swój własny styl tworzenia."

— Fons M. Hickmann


Od praw­dzi­wego mężczyz­ny ko­bieta od­chodzi tyl­ko raz.



Tony Visser
15.06.1978, Rotterdam

Przecież go znacie. 


playboy
sto osiemdziesiąt siedem centymetrów żywego seksu
właściciel Bloaters i Broadway
rozwodnik
perkusista amator 
arogancki skurczybyk
wraca po roku, bo… wciąż ją kocha

Tony Visser powraca. I będzie jeszcze większym playboyem i sukinkotem, niż był.







powiązania | posty


(Piszcie, piszcie - Toniek wątków się nie boi, a w razie czego sam może zacząć.
Witajcie z powrotem :D)

Staring at the bottom of your glass


Hoping one day you'll make a dream last
But dreams come slow and they go so fast
You see her when you close your eyes
Maybe one day you'll understand why
Everything you touch, oh it dies


Sasha Wiera Siemionow


Musi być do wyboru, 
Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło. 
To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby. 
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare, 
Czarne, wesołe, bez powodu pełne łez. 
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie. 
Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi. 

I bądź tu mądrym człowieku... Zaśpiewałabym balladę o sobie, ale nie potrafię śpiewać. Napisałabym wzniosły wiersz, ale nie potrafię pisać. Wystawiłabym sztukę, opowiadającą o moim życiu, ale nie potrafię. 
Nie lubię cofać się do historii. Co było, minęło. Niektóre chwile chciałabym zatrzymać na dłużej, nadal się nimi delektować. Innymi momentami swojego życia się brzydzę. Nie mogę zrozumieć, jakim cudem upadłam tak nisko. Nie zależało mi. Może nadal nie zależy? Pierdolnięta Ruska z brytyjskim akcentem, o to kim jestem. Córka słabej kobiety i despotycznego jegomościa, nie szanującego wartości rodzinnych. Jak u licha, miałabym wyrosnąć na odpowiedzialną osobę, mającą ideały, wyznającą pewne na ogół szanowane wartości, wierzącą w marzenia i spełniającą krok po kroku swój mały, życiowy plan? 

Próbuję wyrwać się z otchłani szaleństwa i zacząć prawdziwe życie. Nie mogę, nie potrafię mimo tego, że na mojej ścieżce pojawia się coraz więcej Aniołów. Prawdziwych, którzy podtrzymują mnie na swoich skrzydłach. Nie chcę przywiązywać się do nikogo, lecz uzależnienie od ludzi staje się coraz silniejsze, jest prawdziwym narkotykiem. O dziwo, dobrym. Chciałabym kiedyś uśmiechnąć się do kogoś, myśląc o tym, jaki piękny mamy dziś dzień. Nie wiem, czy doczekam się tej chwili, ale wierzę w to. Wierzę również w to, że więcej razy się nie stoczę. 

Nie jestem kimś, kogo pokochasz od razu, nie wierzę w duperele od pierwszego wejrzenia. Wierzę w to, że seks zbliża do siebie ludzi, że pocałunki są magiczne, że dotyk czyiś dłoni na ciele może przynieść ukojenie. Warkocz w kolorze jasnego blondu, błękitne oczęta, szczupła sylwetka. Sto siedemdziesiąt centymetrów, nieco więcej już kilogramów, nieśmiały, niepewny uśmiech. Roziskrzone, ciekawskie spojrzenie. Jedno jest pewne, pojawiła się chęć do życia. Do zmiany na lepsze. A co z tym idzie - coraz więcej lęków, obaw, coraz więcej oporu, którego kiedyś nie było. Ale kto powiedział, że życie jest proste?



Dwadzieścia cztery lata ♦ Właścicielka dumnej kotki ♦ Urzędująca w niewielkiej kawalerce ♦
 Hetero z odchyłami  ♦ Kelnerka w klubie "Placebo" ♦ Próbująca nie wrócić do nałogu ♦
Dwukrotny pobyt na odwyku ♦ Ruska z angielskim akcentem


Słaba, ale udźwignie. 
Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała. 
Czyta Jaspera i pisma kobiece. 
Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most. 
Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda. 
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem, 
własne pieniądze na podróż daleką i długą, 
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej. 
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona. 
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi. 
Albo go kocha albo się uparła. 
Na dobre, na niedobre i na litość boską


Formalności i sprawy techniczne.
Tytuł i cytat na samej górze pochodzą z piosenki Passenger - Let her go, wiersz pani Wisławy Szymborskiej - "Portret Kobiecy", buźka: Lauryn Holmquist. Nie zabijajcie. Nie będę już kombinować z postaciami. Serio. 
A proszę usunąć Julkę z linków. 


wtorek, 21 maja 2013

"Chciałbym tak jak Ty umieć ogarnąć ten syf mówić, że sny się spełniają i że nic nie jest w stanie nas złamać."



Hailie Feving
21 lat
przyszła studentka architektury

Czasami tak jest. Życie obraca się tylko wokół jednej rzeczy, czasami osoby. Jest to coś najważniejszego. Coś, co spędza Ci sen z powiek, coś dzięki czemu masz ochotę rano wstać i zderzać się z trudną rzeczywistością. Dla niektórych jest to miłość, dla innych przyjaźń, a dla jeszcze innych praca. Jednak przychodzi ten czas. Ten wymarzony czas, na który czekasz od samego rana, od pierwszej minuty kontrolowanego myślenia, przez wszystkie lekcje w szkole, aż nadchodzi ukochana godzina 17 i wiesz, że wreszcie będziesz wolna. Wiesz, że Twoje kumulowane przez dzień emocje, wyrwą się z piersi, niczym ptaki wypuszczone na wolność.  Czas wyczekiwania też jest cudowny. Z ruchami wskazówek zegara każda twoja cząstka zaczyna drżeć, oddech przyspiesza, ręce stają się nieco bardziej lepkie, a myśli całkowicie odbiegają od realnych rzeczy. Liczy się tylko ruch, muzyka, delikatność  i ulotność, którą formujesz w głowie niczym idealnie sprecyzowany mechanizm, choć realnie siedzisz na lekcji i sprawiasz wrażenie zainteresowanej słowami nauczyciela.  W tej chwili nie jest w stanie nic wyrwać się z owego transu. Nawet spadający długopis, czy profesor uderzający drewnianym breloczkiem od klucza cię nie zbudzi, choć w sumie nie śpisz. Wpadasz do domu, bierzesz jedynie jabłko, które i tak zjadasz w biegu, by chwilę później znajdować się w drugim domu – sali ćwiczeń, która po brzegi wyścielona jest lustrami. Kochasz to miejsce.

Zakładasz znów większy strój. Stare, zniszczone do granic możliwości, baletki już dawno zawiesiłaś na drzwiach swojej garderoby, w niewielkim domku w Portland, powiększając tym, swoją kolekcję. Rozciągasz się już we własnym zakresie. Robisz kilka ćwiczeń przy drążku.  Zakładasz nowe baletki i razem z innymi dziewczętami, w rytm muzyki, powtarzasz choreografię, którą wymyśliła już inna nauczycielka. Nie masz już 13 lat, a 19. Awansowałaś. Oznacza to, że właśnie mija dziesięciolecie Twojej przygody z baletem. Jesteś już duża. Nie płaczesz po nocach, a bycie najlepszą jest zaszczytem, a nie czymś czego powinnaś się wstydzić.  Jesteś dumna. Szczęśliwa. Uparta i niezwykle pracowita. Owszem, ktoś by powiedział, że gdzie w tym wszystkim czas na odpoczynek, zwolnienie, ułamek sekundy na wytchnienie po tak długim i męczącym biegu, jednak Ty tego nie potrzebujesz. Wszędzie Cię pełno. Lubisz to. Lubisz, gdy masz tak napięty grafik, że ledwo znajdujesz czas na oddychanie. Może i odbija się to trochę na zdrowiu, jednak umiesz sobie z tym radzić. Multiwitaminy i żelazo łykane regularnie, serio podbudowują ciało. Szkoły też nie zawalasz, mimo iż to już ostatnie wytchnienie, po którym zostaną Ci studia. Studia, właśnie. Wybrałaś jakie? Nie masz na to czasu. Dobrze wiem co obecnie siedzi ci w tej małej, rudej główce. Spektakl. Przedstawienie, które jest jednym z najważniejszych w tym roku i wystawiane będzie dokładnie za dwa miesiące. Zatem czym innym mogłabyś zaprzątać swe myśli? Dobrze wiem, że chcesz główną rolę i zdaję sobie również sprawę, że podołasz temu wyzwaniu. Musisz ćwiczyć więcej. Więcej. Więcej. Podpowiada sumienie. Zaczną się spóźnienia w szkole, urywanie z ostatnich lekcji, wszystko byleby spełnić swoje marzenie.
Chcesz być Eurydyką. Chcesz być najważniejsza i błyszczeć. Chcesz by inne dziewczęta Ci zazdrościły.

Weszłaś na scenę. Wzięłaś głęboki oddech i w pewnej chwili poczułaś jak cały świat zaczyna kwitnąć i mienić się najpiękniejszymi kolorami, razem z kilkoma pierwszymi dźwiękami, które zarejestrowały Twoje uszy. W tym subtelnym tańcu poruszałaś się niczym nimfa. Widziałaś łzy w oczach swojej nauczycielki, gdyż to nie ona była w jury, tylko reżyser spektaklu i jeszcze jakieś szychy. Widziałaś, jak kobieta zaczyna powoli składać ręce by zakryć oczy z wzruszenia, powstrzymując tym samym kaskadę słonych kropel. Dla Ciebie to był jedynie znak byś nie przestawała. Starałaś się poruszać niczym flaming. Nie feniks. Dziś jesteś flamingiem. Różowym, pełnym dostojności jednak i delikatności, flamingiem, który kilkoma ruchami umie wywołać łzy. Brawo. Nawet reżyser, gdy zrobiłaś ostatni obrót, pas de Poisson i upadłaś na podłogę pozorując śmierć głównej bohaterki, wstał i zacząć głośno klaskać.

Dostałaś tę rolę, flamingu. Babcia jest z Ciebie bardzo dumna. Matka? Przyjęła tę wiadomość w zupełnie obojętny sposób. Znasz ją. Nie wiń jej za to. Jeszcze do końca nie uporała się z rozwodem. Ojciec? Ty nie masz ojca.  Biologiczny zostawił Twoją matkę jak tylko dowiedział się o ciąży. A Carl? Nigdy go nie lubiłaś.

Został tydzień do premiery. Stresujesz się jak nigdy, choć udajesz, że wszystko jest w porządku. Starasz się by Twoje ciało było idealne. Codziennie się rozciągasz i zostajesz dłużej by poćwiczyć, choć cały układ znasz już chyba lepiej od profesorki. W tej chwili wracasz do domu by tylko porwać coś szybko do zjedzenia i znów ruszyć oddawać kumulowane emocje. Jeszcze jeden przystanek tramwajowy i wysiadasz. Uf. Zielone światło, zatem przeszłaś już jedne pasy. Zostały drugie. Idziesz jako ostatnia bo zakręciło Ci się w głowie(nie żeby w ostatnim czasie było to coś nowego, zaczynasz do tego przywykać). Potem poczułaś jedynie silne uderzenie i usłyszałaś czyjś krzyk.

- Babciu. – powiedziała cicho zaraz po wybudzeniu poobijana, ledwo żywa, leżąca na szpitalnym łóżku, dziewczyna. Minęło 5 dni od wypadku, a brunetka dopiero odzyskała przytomność. Wszyscy myśleli, że to koniec. A jednak przeżyła. Takie życie?! Kpisz? Lepiej odłącz tą aparaturę i skończ moją męczarnię.- krzyczała dusza zamknięta w nieudolnie poruszającym się ciele.
- Babciu. – powtórzyła lekko zachrypniętym głosem próbując się podnieść, jednak było to dość nieudolne. – Ja nie mogę poruszyć nogą. Babciu, nie mogę tego zrobić.

Obecnie? Egzystujesz. Marnie egzystujesz. Zmusili Cię byś przeszła serię naświetleń i innych zabiegów. Bo przecież jest ratunek. Wmawiają Ci, że możesz wrócić choćby do częściowej sprawności. Poddałaś się. Zgodziłaś. Dla świętego spokoju, bo już nie wierzysz. Bo już nie masz w co wierzyć. Wszechmogący Cię opuścił. I co?
Minęło kilkanaście miesięcy od wypadku. Nadal nie jesteś sprawna. 
- Zostaniesz ze swoim najwierniejszym przyjacielem – fioletowym wózkiem – już do końca…Przywyknij. 
- Wal się. Wypierdalam stąd. Kierunek Amsterdam.

_______
niestety nie wiem do kogo należy zdjęcie w każdym razie witam serdecznie i tak, część karty jest również na innym blogu :)